Trwa ładowanie...
Absurdalne i zwariowane opowieści 11-12 lat Czytanie 16 min.

Obóz spadającego liścia i zadanie, którego nie dało się zignorować

Dwaj chłopcy, Kuba i Maks, trafiają do tajemniczego Obózu Spadającego Liścia, gdzie muszą złapać właściwy liść i wykonać zadanie, ucząc się odwagi, współpracy i że rzeczy często kryją niespodzianki.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Są trzy postacie: Kuba (ok. 10 lat, rozczochrane brązowe włosy, niebiesko‑żółta koszulka w paski, krótkie zielone spodnie, stoi po lewej, wyciąga prawą rękę z ciekawym uśmiechem), Maks (ok. 10 lat, krótkie kasztanowe włosy, za duża czerwona bluza z plamką kremu naleśnikowego na ramieniu, stoi po prawej od Kuby, wyciąga lewą rękę skoncentrowany i niepewny), Zawijka (niemłoda, nie‑ludzka postać jak mała zielona taśma‑roślina z drucianymi okularami, unosi się nad ramieniem Kuby jak przewodnik, figlarne oczy, palce‑listki wskazujące korek). Miejsce: polana obozu — gęsta szmaragdowa trawa, duże drzewo ze smugowaną brązowo‑ochrową korą i kolorowymi liśćmi jak przyklejone nuty, w tle fantazyjne namioty i absurdalne przedmioty (np. przewrócony metalowy kubek). Sytuacja: matowy zielony korek‑liść z żółtym żyłkowaniem spada powoli na środek otoczony konfetti‑listkami i małymi latającymi przedmiotami (piórko, gumka, mini‑naleśnik); Kuba i Maks skaczą jednocześnie, ich dłonie stykają się w chwili chwycenia, Zawijka unosi się nad nimi wskazując korek — zabawna lekka atmosfera, zatrzymany moment przechwycenia. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Szept spod ławki

Kuba był tym typem, który potrafił patrzeć w kałużę tak długo, aż zobaczył w niej mapę skarbów. Właśnie siedział z Maksem na szkolnym boisku, a wiatr bawił się papierkami po batonikach jakby układał z nich listy miłosne.

Maks chrupał jabłko z miną detektywa.

— Mówię ci, wczoraj nasza nauczycielka od przyrody puściła oko do doniczki. DO DONICZKI, Kuba.

— Może doniczka była bardzo zabawna — odparł Kuba i spojrzał w niebo. Chmura wyglądała jak klapek.

Nagle spod ławki dobiegł szept, tak cichy, jakby ktoś opowiadał sekret mrówkom:

— Pssst… chłopcy… liść… który spadnie… trzeba go złapać…

Maks natychmiast zamarł.

— Słyszałeś to?

Kuba, zamiast się przestraszyć, uśmiechnął się jak ktoś, kto właśnie znalazł w kieszeni zapomniane pięć złotych.

— Jasne. Ławka do nas mówi. To jest najlepszy dzień w tym tygodniu.

— Albo najgorszy — mruknął Maks. — Ławki zwykle nie mówią.

— Ale ta szepcze. To różnica — Kuba pochylił się i zajrzał pod ławkę.

Zobaczyli coś, co wyglądało jak zwinięta zielona wstążka, tylko że wstążka oddychała i miała malutkie okularki z drucika.

— Dzień dobry — powiedziała wstążka. — Jestem Zawijka, przewodniczka do… no… do obozu.

— Do obozu? — Maks przełknął kawałek jabłka tak szybko, że prawie mu zagrało w gardle. — Jakiego obozu?

— Takiego, gdzie spadają liście w całkiem ważnych sprawach — odpowiedziała Zawijka, jakby to było oczywiste jak to, że skarpetki znikają w pralce.

Kuba aż klasnął w dłonie.

— Ooo, brzmi jak przygoda!

— Pssst… — Zawijka poprawiła okularki. — Będzie tylko jedna zasada. Jak już tam traficie, nie będziecie mieli wyboru. Musicie zerwać liść, który spada. Tylko jeden. I musi być ten właściwy.

Maks skrzywił się.

— A jeśli spadnie brzydki?

— Liście nie są brzydkie. One są… charakterne — odparła Zawijka. — Gotowi?

Zanim Maks zdążył powiedzieć „nie”, wiatr zawył jak odkurzacz w trybie turbo. Boisko zakręciło się, ławka zrobiła fikołka w wyobraźni, a chłopcy poczuli w brzuchach przyjemne łaskotanie, jakby połknęli stado motyli w trampkach.

Rozdział 2: Obóz, który ma własne zasady

Wylądowali na miękkiej trawie. Trawa pachniała jak świeżo otwarty zeszyt, tylko bardziej zielono. Przed nimi stał obóz: kilka namiotów, ale każdy był trochę… inny.

Jeden wyglądał jak wielki toster.

Drugi jak skarpetka na dwóch kijkach.

Trzeci jak zwykły namiot, tylko że miał na drzwiach tabliczkę: „Proszę zdejmować myśli przed wejściem”.

— To jest obozowisko? — Maks rozejrzał się podejrzliwie.

— Oczywiście — odparła Zawijka, która teraz siedziała Kubie na ramieniu jak miniaturowy kapelusz. — Witajcie w Obozie Spadającego Liścia. Tutaj wszystko jest trochę śmieszne, ale zawsze ma sens. Taki regulamin.

Z namiotu-tostera wyszedł chłopak mniej więcej w ich wieku, może jedenastolatek z hakiem. Miał na głowie czapkę z daszkiem, a na czapce przyczepioną… pinezkę.

— Siema! — zawołał. — Jestem Bruno. Prawie mam jedenaście, tylko mi się to przeciąga. U was też?

Maks spojrzał na Kubę.

— Co znaczy „prawie”?

Bruno wzruszył ramionami.

— No, tu czas czasem robi „prrrt” i staje dęba. Ale spokojnie, wraca. Chodźcie, oprowadzę was.

Kuba natychmiast ruszył za nim, jakby Bruno był przewodnikiem po krainie darmowych naleśników.

— A gdzie jest… ten liść? — zapytał Maks, wciąż ostrożny.

Bruno pokazał palcem na środek obozu, gdzie stało drzewo. Niby zwykłe, ale na jego gałęziach wisiały liście jak kolorowe karteczki samoprzylepne. Każdy liść miał drobny napis, ale z daleka wyglądało to jak maleńkie bazgroły.

— To Drzewo Zadań — wyjaśnił Bruno. — Spadają liście, kiedy trzeba coś załatwić. A wy… — uśmiechnął się szeroko — macie dziś dyżur.

— Dyżur? — jęknął Maks. — Ja mam dyżur tylko w klasie, a i tak zapominam o szmacie.

Zawijka spoważniała, co u niej oznaczało, że okularki zsunęły się jej o pół milimetra.

— Zasada jest prosta. Spadnie liść. Musicie go złapać. Nie możecie powiedzieć „nie”, nie możecie uciec, nie możecie udawać, że was nie ma. To obóz. Tutaj wszyscy łapią liście.

— A jak nie złapiemy? — dopytywał Maks.

Bruno pochylił się i wyszeptał dramatycznie:

— Wtedy liść spadnie na ziemię i będzie mu smutno.

Maks wytrzeszczył oczy.

— To wszystko?

— To aż wszystko — powiedział Kuba z powagą, jakby właśnie usłyszał o końcu świata bez lodów.

Obóz żył własnym rytmem: ktoś gotował zupę w czajniku, który śpiewał „laaa”, ktoś inny ćwiczył wiązanie węzłów na… nitce makaronu. Wszyscy wyglądali na zajętych, ale zadowolonych, jakby absurd był tu sportem narodowym.

— Dobra — westchnął Maks. — Złapiemy liść. Jeden. I wracamy.

— Spokojnie — mruknął Bruno. — Najpierw trzeba odróżnić „liść właściwy” od „liścia, który tylko udaje”.

Kuba aż podskoczył.

— Liście mogą udawać?!

— Tu mogą — odparł Bruno. — I robią to z talentem.

Rozdział 3: Trening chwytania spadających rzeczy

Bruno zaprowadził ich na małą polanę obok drzewa. Na ziemi leżały różne przedmioty: piórko, gumka do mazania, a nawet… naleśnik.

— To jest nasz trening — oznajmił. — Zanim spadnie prawdziwy liść, musicie mieć refleks. I czujność. I… no, ręce.

Maks spojrzał na naleśnik.

— Czemu tu jest naleśnik?

— Bo spada najlepiej — odparł Bruno. — Jak upadnie na ziemię, robi „plask” i od razu wiadomo, że było źle.

Zawijka klasnęła.

— Zaczynamy!

Nagle z gałęzi obok nich spadło piórko. Kuba złapał je bez problemu.

— Ha! Jak łapię marzenia, tylko lżejsze.

— To było łatwe — skomentował Maks i zaraz… spadła gumka do mazania. Maks próbował ją chwycić, ale gumka odbiła się od jego dłoni jak piłeczka pingpongowa i uciekła w trawę.

— O nie — Maks jęknął. — Gumka mi uciekła.

— Spokojnie — Bruno pogładził trawę, jakby przepraszał. — Gumki są tu nieśmiałe.

Z gałęzi spadł naleśnik. Maks wyciągnął ręce, ale naleśnik, jakby miał własny plan, zrobił obrót w powietrzu i wylądował mu na głowie. Ciepły, miękki, lekko waniliowy.

Kuba parsknął śmiechem.

— Maks, masz naleśnikową czapkę!

Maks zdjął naleśnik z miną obrażonego kota.

— To było… podstępne.

Bruno pokiwał głową, jak trener na meczu.

— Widzisz? Tu nawet jedzenie ma poczucie humoru. Musisz być gotów na wszystko.

Zawijka podfrunęła bliżej i szepnęła do Kuby:

— Pamiętaj, liść właściwy ma w sobie coś, co zrozumiesz dopiero, gdy go dotkniesz.

— Czyli co? Będzie… łaskotał? — Kuba uśmiechnął się szeroko.

— Możliwe. Albo powie „dzień dobry”. Albo pokaże, gdzie ktoś schował wasze skarpetki — odparła Zawijka. — Tego nie da się przewidzieć.

Maks wytarł czoło (na szczęście bez syropu).

— To ja wolę, żeby liść po prostu był liściem.

— To byłoby zbyt proste — odpowiedział Bruno. — A prostota tu przychodzi tylko w odwiedziny.

Zrobiło się ciszej. Wiatr przestał wariować. Nawet śpiewający czajnik w tle przeszedł na szept.

— To znak — powiedziała Zawijka. — Drzewo zaraz zrzuci zadanie.

Kuba i Maks stanęli pod Drzewem Zadań. Kuba wyglądał jak ktoś, kto czeka na pierwszy dzwonek wakacji. Maks wyglądał jak ktoś, kto czeka na szczepienie, ale liczy, że dostanie naklejkę.

Rozdział 4: Liść, który spada, i liście, które przeszkadzają

Najpierw spadł liść… ale nie ten. To był liść, który wyglądał podejrzanie: zbyt błyszczący, jakby ktoś go wypastował.

— Łap! — syknął Bruno.

Maks wyciągnął rękę, ale liść odbił się od jego palca i odleciał w bok jak papierowy samolot.

— Ej! On uciekł!

— To był Udawacz — stwierdziła Zawijka. — Udawacze próbują wkręcić ludzi, żeby złapali nie to, co trzeba.

Kuba roześmiał się.

— Liść, który robi psikusy. Szanuję.

Kolejny liść zaczął spadać… bardzo wolno, jakby zjeżdżał niewidzialną windą. Miał na sobie napis, ale litery mieszały się jak w zupie.

— Czytasz? — zapytał Maks.

— Jeszcze nie, ale to wygląda jak… „Umyj… smoka”? — Kuba zmarszczył brwi.

— Nie mamy smoka — Maks rozejrzał się nerwowo.

— W obozie czasem smok jest, a czasem jest tylko czajnikiem — odparł Bruno. — Nie ryzykujcie. To też może być nie to.

Liść zjechał na ziemię sam i ułożył się w kształt strzałki, jakby obrażony, że nikt go nie złapał.

— Ojej — Maks poczuł się winny. — On wygląda… smutno?

Zawijka pokręciła głową.

— To teatr. Udawacze są dramatyczne.

Nagle z gałęzi posypały się małe listki jak konfetti. Kuba zaczął łapać je jeden po drugim, śmiejąc się, a Maks próbował nadążyć.

— Kuba, to chyba pułapka! — zawołał Maks, kiedy trzymał już w dłoni trzy listki i jeden naleśnikowy okruszek (skąd? nikt nie wiedział).

— Ale jakie fajne! — Kuba złapał kolejny.

Wtedy, między konfetti, pojawił się JEDEN liść. Zwyczajny. Matowy. Zielony z żółtą żyłką, jak malutka błyskawica. Spadał prosto, bez sztuczek. A mimo to wyglądał tak, jakby miał własną powagę.

— Ten — powiedziała Zawijka bardzo cicho. — Ten jest właściwy.

Kuba i Maks rzucili się jednocześnie. Ich dłonie spotkały się w powietrzu, liść zaklinował się między palcami, a potem… zatrzepotał.

— Łaskocze! — prychnął Maks.

Liść zadrżał i rozwinął się jak karteczka. Na jego powierzchni pojawiły się słowa, czytelne jak napis na tablicy:

„PROSZĘ PODNIEŚĆ TO, CO SPADŁO, ALE NIE JEST LIŚCIEM.”

— To żart? — Maks zmrużył oczy. — Myślałem, że mamy podnieść liść, a liść każe nam podnieść coś innego.

— Logiczne — stwierdził Kuba. — Liść jest kierownikiem. A my jesteśmy… rękami kierownika.

Bruno przytaknął.

— Dokładnie. Teraz zaczyna się część obozowa.

Z krzaków obok polany dobiegło „brzdęk!” i „ojej!”. Coś spadło. Coś nie-liściowego.

Maks wziął głęboki oddech.

— Dobra. Podnosimy. Tylko co?

Rozdział 5: Wielkie poszukiwania spadniętej rzeczy

Ruszyli w stronę krzaków. Kuba szedł pierwszy, bo ciekawość miał jak magnes. Maks tuż za nim, bo ostrożność też bywa magnesem, tylko przyciąga kłopoty do kieszeni, żeby je mieć na oku.

W krzakach znaleźli… kubek. Metalowy, obozowy. I rzeczywiście spadł, bo leżał do góry dnem, a obok niego kropelki herbaty układały się w smutną buźkę.

— To? — zapytał Maks.

Kuba podniósł kubek. Był ciepły.

— Ojej, czy ja właśnie uratowałem herbatę?

Zawijka usiadła na brzegu kubka.

— To nie tylko kubek. To Kubek Echa. Jak spadnie, gubi głos.

— Kubek ma głos? — Maks wytrzeszczył oczy.

— Każdy porządny kubek ma coś do powiedzenia — odparł Bruno z powagą, która była tak przesadzona, że aż śmieszna.

Kuba potrząsnął kubkiem. Z wnętrza dobiegło cichutkie:

— halo… halo…

— On naprawdę gada! — Maks aż się uśmiechnął, choć próbował tego nie robić.

— Trzeba go postawić tam, skąd spadł — wyjaśniła Zawijka. — Inaczej będzie szeptał i szeptał, a ludzie pomyślą, że to znowu ławka.

Maks wskazał palcem na polanę.

— Ale skąd spadł?

W tej samej chwili z namiotu-skarpetki wysunęła się dziewczynka w kurtce o kolorze kisielu.

— Hej! — zawołała. — Kto widział mój kubek? Bez niego nie mogę rozmawiać z herbatą, a herbata robi się nerwowa!

Bruno machnął ręką.

— To Lila. Herbaty ją uwielbiają, ale tylko, jeśli kubek nie leży na ziemi jak żółw.

Kuba podbiegł do Lili z kubkiem.

— Czy to twoje?

Lila uśmiechnęła się szeroko.

— Tak! Ojej, uratowaliście mu głos. Posłuchajcie.

Postawiła kubek na małym stoliku. Kubek chrząknął (tak, kubek) i powiedział całkiem wyraźnie:

— Dzię-ku-ję. Spadanie jest przereklamowane.

Maks parsknął.

— Ten kubek jest mądrzejszy niż mój budzik.

Lila spojrzała na nich uważnie.

— Wy jesteście nowi? Macie miny jak po spotkaniu z naleśnikiem.

— Nie pytaj — jęknął Maks.

Zawijka uniosła się i zakręciła w powietrzu.

— Zadanie wykonane. Podnieśli to, co spadło i nie było liściem.

Liść w dłoni Kuby zadrżał z zadowolenia, jakby klasnął, tylko bez rąk.

— To już? — zapytał Maks. — Wracamy?

Bruno przyłożył palec do ust.

— Jeszcze jedno. Liść właściwy trzeba oddać Drzewu, żeby zamknąć sprawę.

Kuba podszedł do Drzewa Zadań i przyłożył liść do pnia. Liść przykleił się jak magnes do lodówki. Napis na nim zniknął, a w zamian pojawiło się jedno słowo: „DOBRZE”.

— No i git — stwierdził Maks. — Tylko… czemu czuję, że to nie koniec?

Wiatr zaszeleścił łagodnie, jakby odpowiadał: „bo przecież fajnie jest jeszcze chwilę”.

Rozdział 6: Powrót, który zwalnia jak kołysanka

Obóz nagle zrobił się spokojniejszy. Namiot-toster przestał udawać, że jest prawdziwym tosterem. Czajnik śpiewał teraz cichutko, prawie jak mruczenie. Nawet trawa wyglądała, jakby przeciągnęła się po drzemce.

Zawijka usiadła Kubie na dłoni.

— Dziękuję wam. Wiecie, nie każdy potrafi złapać właściwy liść. Niektórzy łapią Udawacza i potem przez tydzień noszą na czole naklejkę „JESTEM SAŁATĄ”.

Maks uniósł brwi.

— To się zdarza?

— Częściej, niż byś chciał — odparł Bruno i westchnął teatralnie. — Ja raz złapałem liść, który kazał mi przeprosić kamień. Przepraszałem kamień przez dwie godziny. A kamień? Kamień milczał. Jak to kamień.

Kuba uśmiechnął się marzycielsko.

— Szkoda, że u nas w szkole nie ma Drzewa Zadań.

— Jest — mruknął Maks. — Nazywa się „plan lekcji” i też spada na głowę.

Lila pomachała im kubkiem.

— Wpadnijcie kiedyś! Tylko nie przynoście naleśników na głowie, bo wtedy ptaki się mylą.

— Postaram się — powiedział Maks, choć Kuba widział, że Maks już trochę lubi ten obóz. Tylko jeszcze nie chciał się do tego przyznać.

Zawijka spojrzała na ławkę stojącą przy skraju obozu. Taką zwyczajną, drewnianą.

— To wasza droga powrotna. Usiądźcie i posłuchajcie.

Usiedli. Ławka nie skrzypiała. Ławka szeptała, ale tym razem przyjemnie, jak ktoś, kto opowiada dowcip na dobranoc:

— Pssst… dobrze łapiecie… dobrze podnosicie… dobrze wracacie…

Wiatr znów zakręcił, ale delikatnie, jakby mieszał kakao łyżeczką. Obóz oddalił się, namioty zrobiły się małe jak zabawki, drzewo pomachało liśćmi jak rękami.

Kuba poczuł, że powieki robią mu się ciężkie, ale w miły sposób.

— Maks?

— No?

— Jak wrócimy, to… też bym chciał czasem podnieść coś, co komuś spadło. Nawet jak to tylko długopis.

Maks milczał chwilę.

— Spoko. Ale jak długopis będzie gadał, to ja uciekam.

Kuba zachichotał, a śmiech zabrzmiał jak ciche dzwoneczki.

I już byli z powrotem na boisku. Ławka stała jak zawsze, zwyczajna. Tylko pod nią leżał mały, zielony listek. Taki normalny.

Maks schylił się i podniósł go.

— Na wszelki wypadek — mruknął. — Żeby nie było mu smutno.

Kuba spojrzał na niebo. Chmura-klapek odpływała powoli.

— Wiesz co? — powiedział. — Ten dzień jednak był najlepszy.

Maks uśmiechnął się bezbronnie, jak ktoś, kto właśnie złapał swój pierwszy właściwy liść.

— No dobra. Ale jutro ma być dzień bez naleśników. Umowa?

— Umowa — odparł Kuba.

Wiatr zaszeleścił w koronach drzew, jakby przytakiwał, a świat wrócił do swojego zwykłego tempa: spokojnego, równego, z odrobiną miejsca na szept, gdyby kiedyś znów był potrzebny.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Przewodniczka
Kobieta lub istota, która prowadzi innych i pokazuje drogę lub zadania.
Regulamin
Zbiór zasad, które mówią, jak trzeba się zachowywać w danym miejscu.
Dyżur
Czas, kiedy ktoś ma obowiązek wykonywać określone zadania lub pilnować czegoś.
Udawacz
Liść, który udaje coś innego, by zmylić osoby próbujące go złapać.
Pułapka
Coś przygotowane, by kogoś oszukać lub złapać, gdy nie uważa.
Konfetti
Małe kolorowe kawałki papieru sypane dla zabawy i świętowania.
Zaklinował się
Coś utknęło mocno między dłońmi lub przedmiotami i nie chce wypaść.
Chrząknął
Krótki, cichy dźwięk z gardła, zwykle przed zaczęciem mówienia.
Teatralnie
W sposób przesadny i pokazowy, jakby ktoś grał przed publicznością.
Zatrzepotał
Szybkie poruszenie się, jakby coś małego machnęło skrzydłami.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści zwariowane i absurdalne dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.