Rozdział 1: Paragon, który się śmieje
W sobotę rano Hania wyciągnęła z kieszeni kurtki paragon ze szkolnego sklepiku. Problem w tym, że paragon… chichotał. Cichutko, jak mysz w bibliotece, ale wyraźnie.
— Słyszałyście? — Hania podsunęła papierek pod nos Mili.
Paragon zachichotał głośniej, a na jego końcu dopisało się samo: „DO ZOBACZENIA NA TARGU KOLORÓW. PRZYNIEŚ JEDNĄ SKARPETKĘ”.
Mila zmrużyła oczy.
— To albo magia, albo reklama bardzo zdesperowanego sklepu.
Zosia, trzecia z paczki, była praktyczna jak spinacz biurowy.
— A jeśli to żart? Ktoś nam wsadził śmieszny paragon.
Paragon zapiszczał jak hamujący rower i dorysował małą strzałkę w stronę rynku.
— No dobra — Hania uśmiechnęła się szeroko. — Jedna skarpetka. Łatwe. Biorę tę w truskawki, bo jest szybka.
— Skarpetka nie może być szybka — mruknęła Zosia, ale już szła.
Mila założyła na rękę skarpetkę w paski jak rękawiczkę.
— Jeśli to pułapka, przynajmniej mam ochronę przed… nie wiem… niebezpiecznym serem.
Rozdział 2: Targ, który mieni się jak tęcza w słoiku
Rynek wyglądał zwyczajnie tylko przez pierwsze trzy kroki. Czwartego kroku nie dało się zignorować, bo bruk pod stopami zamienił się w mozaikę kolorów: jakby ktoś rozsypał kredki i kazał im udawać kamienie.
Pomiędzy straganami unosiły się tabliczki: „DZIŚ PROMOCJA NA BŁĘKIT!” „ŚWIEŻE ODCIENIE, PROSTO Z RANNA!” „NIE DOTYKAĆ FIOLETU — ŁASKOCZE!”
Sprzedawcy zachowywali się, jakby to było normalne. Jeden pan w fartuchu mieszał w wielkim wiadrze coś, co wyglądało jak płynna zieleń.
— Zielony do kanapek czy do humoru? — zapytał, nawet nie podnosząc wzroku.
— Do… zdziwienia? — wypaliła Mila.
— O, to proszę sobie wziąć limonkowy. Jest lekko absurdalny.
Zosia przyglądała się straganowi z napisem „KOLOR DO POPRAWIANIA PRZEPRASZAM”.
— Przepraszam można poprawiać? — zdziwiła się.
— Jak najbardziej — odparła sprzedawczyni. — Za jasne „przepraszam” bywa podejrzane, a za ciemne robi z człowieka marudę.
Hania wpatrywała się w środek targu. Stał tam podest, a na nim wielka klepsydra wypełniona… konfetti.
Obok wisiał plakat: „WIELKI KONKURS: SKAKANIE NA JEDNEJ NODZE. ZWYCIĘZCA OTRZYMA KOLOR, KTÓRY PASUJE DO WSZYSTKIEGO”.
— Skakanie na jednej nodze? — Hania klasnęła. — To ja!
— Ty zawsze chcesz być pierwsza — zauważyła Zosia.
— Bo pierwsza widzi, co jest dalej — Hania wzruszyła ramionami. — Poza tym lubię skakać.
Mila rozejrzała się podejrzliwie.
— A ja lubię, kiedy rzeczy nie śmieją się na paragonach. Ale skoro już tu jesteśmy…
Rozdział 3: Skarpetka jako przepustka i instrukcja obsługi
Przy podeście siedział sędzia — niewysoki mężczyzna w meloniku, który miał przyczepione piórko jak antenkę.
— Uczestniczki! — zawołał. — Widzę skarpetkę. To dobrze. Skarpetka jest kluczem, biletem i… ostrzeżeniem.
— Ostrzeżeniem? — Zosia zrobiła krok w tył.
— Spokojnie! — sędzia uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy trzymają w kieszeni konfetti. — Skarpetka przypomina, żeby nie brać wszystkiego na dwie nogi. Tu skacze się na jednej!
Mila podniosła swoją skarpetkową rękawicę.
— A jeśli ja mam skarpetkę na dłoni, to mogę skakać na… ręce?
Sędzia zamrugał.
— Bardzo kreatywne. Ale nie.
Hania weszła na podest. Podłoga była zrobiona z barwnego szkła, a pod nim pływały jak ryby małe plamy koloru.
— Zasady są proste! — sędzia podniósł gwizdek. — Skaczesz na jednej nodze przez Alejkę Odcieni. Po drodze zbierasz trzy kropki koloru: jedną śmieszną, jedną praktyczną i jedną odważną. Nie wolno się złościć, bo złość farbuje na buraczkowo i potem trudno zejść.
— Buraczkowo brzmi smakowicie — mruknęła Mila.
— Smakowite, ale lepkie — ostrzegł sędzia.
Zosia podeszła do Hani i ściszyła głos:
— Nie rób z siebie bohaterki na siłę.
Hania odparła równie cicho:
— Nie robię. Po prostu jestem ruchliwa jak piłeczka pingpongowa w szufladzie.
Mila stanęła po drugiej stronie podeściku.
— My będziemy twoją publicznością i komisją od głupich pomysłów.
— Czyli będziesz miała dużo pracy — uśmiechnęła się Hania.
Rozdział 4: Alejka Odcieni i trzy kropki, które nie chcą współpracować
Gwizdek zapiszczał. Hania podniosła jedną nogę i zaczęła skakać. Hop. Hop. Hop.
Każdy skok brzmiał inaczej: jeden jak bębenek, drugi jak pęknięcie bańki mydlanej, trzeci jak stłumione „hihi”.
Pierwsza kropka była śmieszna. Leżała na straganie „ŻÓŁTY OD ŚMIECHU” i wyglądała jak żelka.
— Weź mnie, ale tylko jak powiesz coś zabawnego! — pisnęła kropka.
Hania skakała w miejscu, bo nie mogła postawić drugiej nogi.
— Co powiedziała kredka do temperówki? — rzuciła szybko. — „Nie bądź taka ostra!”
Kropka zachichotała, wskoczyła Hani do kieszeni i zamruczała:
— Dobra, dobra. Masz mnie. Ale opowiadaj żarty co jakiś czas, bo się rozpuszczę.
Druga kropka była praktyczna. Siedziała przy stoisku „SZARY DO ZADAŃ DOMOWYCH”.
— Ja nie skaczę — powiedziała kropka tonem nauczyciela od matematyki. — Ja się przenoszę zgodnie z instrukcją.
— A jaka instrukcja? — zawołała Mila.
Kropka wypuściła małą karteczkę: „1) Oddychaj. 2) Nie panikuj. 3) Przyznaj, że nie wszystko musi błyszczeć”.
Zosia skinęła głową.
— To akurat mądre.
Hania, nadal na jednej nodze, przeczytała na głos:
— Oddycham, nie panikuję i przyznaję, że… mój włos nie musi błyszczeć.
Szara kropka westchnęła z ulgą i sama przykleiła się do jej bluzy jak znaczek.
Trzecia kropka miała być odważna. I rzeczywiście była: czerwono-pomarańczowa, z małym płomykiem na czubku, krążyła po powietrzu jak komar, który ma bardzo ważne sprawy.
— Złap mnie! — wołała. — Ale tylko jeśli się nie boisz!
— Nie boję się — Hania sapnęła. — Tylko trochę… ostrożnie się nie boję.
Kropka przeleciała tuż obok jej nosa.
Mila krzyknęła:
— Hania! Skacz wyżej! Jak kangur na sprężynie!
Zosia dodała:
— I nie patrz na dół. Patrz na cel.
Hania wykonała najwyższy skok, na jaki było ją stać. Kropka wpadła jej do dłoni i… zaczęła łaskotać.
— Oj! Ona mnie łaskocze! — śmiała się Hania, próbując nie stracić równowagi.
— Odwaga często łaskocze — stwierdziła filozoficznie Mila. — Przynajmniej u nas.
Hania wylądowała, zachwiała się jak wieża z klocków, ale nie upadła. Trzy kropki zadrżały razem, a powietrze wokół nich zamieniło się w delikatny blask.
Rozdział 5: Kłopot w kolorze buraczkowym
W tym momencie ktoś na widowni mruknął:
— E tam, na jednej nodze? Ja bym zrobił na dwóch i z zamkniętymi oczami!
To był chłopak z watą cukrową. Powiedział to głośno i bardzo „e tam”.
Hania poczuła, jak robi się w niej gorąco. Złość podpełzła jak kot, który chce zająć krzesło.
Podest mrugnął czerwienią. Z boku pojawiła się smuga buraczkowego.
— O nie — jęknęła Zosia. — Złość-farba!
Mila machnęła skarpetką jak flagą.
— Haniu, powiedz żart! Żółta kropka potrzebuje żartu!
Hania, nadal skacząc, wyrzuciła z siebie:
— Dlaczego burak nie lubi plotek? Bo od razu robi się czerwony!
Żółta kropka prychnęła śmiechem. Szara kropka przypomniała:
— Oddychaj.
Odważna kropka załaskotała Hani dłoń tak mocno, że dziewczyna parsknęła śmiechem zamiast fuknąć.
Buraczkowa smuga zatrzymała się, jakby zawstydzona, i spłynęła do klepsydry z konfetti.
Sędzia w meloniku skinął poważnie.
— Uratowane. Pamiętajcie: na tym targu złość robi plamy. Śmiech robi kropki. A spokój… robi miejsce.
Chłopak z watą cukrową popatrzył, jak Hania skacze dalej, i burknął:
— No dobra. Ładnie.
Hania wystawiła mu język, ale w przyjaznym stylu, bardziej jak znak „nie marudź”.
Rozdział 6: Kolor, który pasuje do wszystkiego
Hania doskakała do końca Alejki Odcieni. Gwizdek zabrzmiał drugi raz, tym razem jak spokojny dzwonek w rowerze.
Trzy kropki uniosły się nad jej głową i połączyły w jeden kolor. Nie był to ani zwykły róż, ani zwykły niebieski. Wyglądał jak poranek po deszczu, kiedy słońce jeszcze nie wie, czy już wstało.
— Oto Kolor, Który Pasuje Do Wszystkiego! — ogłosił sędzia. — Nazywa się „W SAM RAZ”.
— „W sam raz”? — powtórzyła Mila. — Brzmi jak rozmiar bluzy.
— Bo to jest rozmiar na życie — odparł sędzia i podał Hani mały słoiczek. — Trochę odwagi, trochę praktyczności, trochę śmiechu. W sam raz.
Zosia popatrzyła na słoiczek uważnie.
— I co się z nim robi?
— Używa się, kiedy coś jest za bardzo — powiedziała sprzedawczyni z „koloru do przepraszam”, która akurat przechodziła. — Za głośno, za szybko, za poważnie.
Mila stuknęła palcem w szkło.
— A jak ktoś jest za marudny?
— Wtedy też — odparł sędzia. — Jedna kropelka „W sam raz” i człowiek nagle pamięta, że można odetchnąć.
Hania obejrzała słoiczek i uśmiechnęła się.
— To ja chyba użyję kropelkę na… moje skakanie. Bo jeszcze mi się noga obrazi.
Sędzia zaśmiał się cicho.
— Mądrze.
Rozdział 7: Powrót z kieszeniami pełnymi światła
Kiedy dziewczyny opuszczały targ, kolory na bruku powoli uspokajały się, jak fale po przepłynięciu łódki. Stragany cichły, a tabliczki przestawały krzyczeć promocjami i zaczynały szeptać.
Paragon w kieszeni Hani zrobił się zwykły. Żadnych dopisków, żadnych chichotów. Tylko na odwrocie pojawiła się mała kropka w kolorze „W sam raz”.
— Myślisz, że to się jeszcze powtórzy? — zapytała Mila, poprawiając skarpetkę na dłoni.
— Jeśli znowu coś zacznie się śmiać w kieszeni, to tak — odparła Zosia. — Ale proszę, niech to nie będzie kanapka.
Hania potrząsnęła słoiczkiem. W środku kolor poruszył się leniwie, jak miód, który nie ma pośpiechu.
— Wiecie co? — powiedziała cicho. — Fajnie było skakać. Nie po to, żeby wygrać, tylko żeby… iść do przodu inaczej.
Mila parsknęła.
— Skakać do przodu inaczej to bardzo ładne zdanie. Prawie jakbyśmy były bohaterkami książki.
Zosia spojrzała na niebo. Było zwykłe, nie potrzebowało targu.
— To co, do domu? — zapytała.
— Do domu — zgodziła się Hania. — A po drodze opowiem jeszcze jeden żart, żeby żółta kropka w sercu nam się nie rozpuściła.
— Tylko nie o buraku — uprzedziła Mila.
Hania roześmiała się cicho i, już na dwóch nogach, szła spokojnie. Krok za krokiem. W sam raz.