Rozdział 1: Pomysł, który pachniał naleśnikami
Pani Irena była wynalazczynią, której wszyscy w miasteczku ufali. Jeśli mówiła, że coś działa, to działało. Jeśli mówiła, że nie wybuchnie, to… no, przynajmniej wybuchało bardzo rzadko.
Tego ranka siedziała w swojej pracowni, gdzie na półkach stały słoiki z napisem „Śrubki, które uciekają”, „Guziki odwagowe” i „Sprężyny z humorem”. W powietrzu unosił się zapach herbaty z cytryną, a na stole leżał zeszyt w kratkę: DZIENNIK WYNALAZCZY (NIE WYLEWAĆ).
Pani Irena zanotowała wielkimi literami:
„Wynalazek: Ręko-Łapka do Przytuleń i Podawania Rzeczy (w skrócie: RŁPPR).”
Potem dopisała mniejszym:
„Ma być miła, delikatna i pomocna. I nie może łaskotać w nieodpowiednich momentach.”
Do pracowni zajrzała sąsiadka, pani Łucja, z koszykiem jabłek.
„Ireno, znowu coś knujesz?”
„Nie knuję, tylko projektuję,” odparła Irena, stukając ołówek o zęby. „Wyobraź sobie: stoisz na drabinie, a jabłko spada. A moja ręko-łapka łapie! Albo kiedy ktoś jest smutny, a ty masz ręce zajęte…”
„…to łapka przytula?” pani Łucja uśmiechnęła się podejrzliwie.
„Dokładnie! Przytulenie na żądanie. Bezpieczne, ciepłe i troszkę śmieszne.”
Właśnie wtedy do środka wpadł chłopiec z sąsiedztwa, Maks, lat dziesięć, z plecakiem większym niż on.
„Pani Ireno! Mój kot, Klusek, ukradł mi kanapkę!”
Z korytarza dobiegło dumnie: „Miau,” które brzmiało jak: „To była uczciwa wymiana handlowa.”
Pani Irena przyjrzała się Maksowi i westchnęła ciepło.
„Widzisz? Taka łapka mogłaby też delikatnie odbierać kanapki od zuchwałych kotów.”
„Ale delikatnie,” ostrzegł Maks. „Klusek jest miękki, ale ma charakter.”
„Spokojnie,” powiedziała Irena. „Jestem wynalazczynią wiarygodną. A dziś zaczynam budowę.”
Rozdział 2: Skarpetkowy pasek i wielki plan
Budowa zaczęła się od najważniejszego: wyboru materiałów. Pani Irena uwielbiała używać rzeczy, które inni uznaliby za zupełnie niepoważne.
Na stole wylądowały: stara rękawica ogrodowa (prawa), gumowa przyssawka od zabawki do kąpieli, sprężyna z długopisu, dwa kółka od rolek i… skarpetka w grochy.
„Po co skarpetka?” zapytał Maks, który nie mógł się oderwać od obserwowania.
„To pasek bezpieczeństwa,” odparła Irena z powagą tak wielką, jakby mówiła o rakiecie kosmicznej. „Wynalazki muszą mieć styl.”
Do pracowni wszedł też pan Zygmunt, listonosz, z wąsem tak sprężystym, że wyglądał jak antenka.
„Mam paczkę dla pani: ‘Delikatne części. Nie potrząsać'. Potrząsnąłem tylko troszeczkę.”
„Zygmuncie…” Irena spojrzała na niego jak nauczycielka na ucznia z gumą do żucia.
„No dobrze, to potrząsnąłem z ciekawości. Ale z wdzięczności, że pani kiedyś naprawiła mi dzwonek w rowerze, też przyniosłem śrubki,” dodał, wysypując na stół cały garść.
„O, śrubki wdzięczności!” ucieszyła się Irena. „To najlepszy rodzaj śrubek.”
Zaczęło się skręcanie, dociskanie i mruczenie pod nosem. Pani Irena co chwilę coś notowała:
„Uwaga: sprężyna lubi wyskakiwać.”
„Uwaga: przyssawka przyssała się do czoła Maksa. Maks nie panikuje. Dzielny.”
„Uwaga: skarpetka w grochy wygląda dumnie.”
W południe wynalazek stał gotowy: metalowy stelaż, ramię na kółkach i na końcu wielka rękawica z miękką poduszką w środku. Na boku wisiała skarpetka jak pas mistrza.
„To wygląda jak ręka, która poszła na zakupy,” stwierdził Maks.
„I wróciła z przygodą,” dodała pani Łucja, zaglądając przez okno.
Pani Irena podniosła dłonie.
„No dobrze. Czas na test. Maks, podaj mi…”
I wtedy wydarzyło się coś ważnego: pani Irena sięgnęła do skrzynki z narzędziami i… zatrzymała się.
„Oho. Trzeba będzie założyć ręko-łapce porządną…”
„Rączkę?” podpowiedział Maks.
„Nie. Porządną… rączkę do uruchamiania. Czyli…”
Pani Irena uśmiechnęła się szeroko i powiedziała słowo, które brzmiało jak wyzwanie:
„…po prostu: trzeba zamontować porządną…”
Zrobiła pauzę, jakby zapraszała świat do słuchania.
„…po-krę-teł-ko.”
Rozdział 3: Pani Irena stawia… uchwyt, który ma własne zdanie
„Uchwyt?” Maks zmarszczył brwi. „To takie zwykłe…”
„Ale ja nie robię zwykłych,” odparła pani Irena. „W dodatku w historii musi się wydarzyć coś ważnego.”
„A co?”
„Wynalazczyni w pewnym momencie… stawia po-żą-dną po-gło…”
Maks podniósł rękę.
„Chodzi o… ‘po-giętkę'?”
„Chodzi o ‘po-giętkę'?” powtórzyła pani Irena, patrząc w sufit. „Maks, ja chciałam powiedzieć ‘po-krętło', ale chyba myślimy o tym samym. Najważniejsze, że trzeba zamontować uchwyt. I ja go…”
Zrobiła krok w tył, wzięła głęboki oddech i z dumą oznajmiła:
„…zamontuję porządną po-gnia…”
„Pani Ireno,” przerwał Maks z uśmiechem, „czy pani próbuje powiedzieć ‘po-że-nę'?”
„Nie! Ja próbuję powiedzieć ‘po-gniotkę'! Nie, chwila…”
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet listonosz, który akurat wrócił po podpis.
W końcu pani Irena poklepała stół.
„Dobrze. Uchwyt. Stawiam go. Prosto. Bez słów, które się plączą.”
Wzięła drewnianą rączkę od starej miotły, dokręciła ją do mechanizmu i nacisnęła.
Klik.
Ręko-łapka drgnęła, jakby się obudziła. Potem delikatnie uniosła rękawicę i… pomachała.
„Ona do nas macha!” Maks aż podskoczył.
„To znak uprzejmości,” powiedziała pani Irena. „Wynalazki też muszą mieć dobre maniery.”
„Test numer jeden,” Irena przeczytała z zeszytu. „Podaj jabłko.”
Pani Łucja podała jabłko. Ręko-łapka chwyciła je miękko jak poduszkę i podała Maksowi.
„Działa!” ucieszył się Maks.
„Oczywiście, że działa,” odparła pani Irena. „Jestem…”
I znów to słowo chciało uciec, ale Irena tylko uśmiechnęła się i dodała:
„…jestem solidna.”
„Test numer dwa,” ciągnęła. „Przytulenie.”
„Kogo?” zapytał pan Zygmunt ostrożnie, robiąc pół kroku w tył.
„Na początek… worek z mąką,” zdecydowała Irena. „Bezpieczeństwo przede wszystkim.”
Ręko-łapka podjechała na kółkach, objęła worek i przycisnęła go lekko.
Worek westchnął. To znaczy: mąka wypuściła powietrze tak, że zabrzmiało jak „pfff”.
Wszyscy zamarli.
Ręko-łapka uznała, że worek jest smutny, więc… przytuliła mocniej.
„Nie!” krzyknął Maks.
Za późno. Z worka trysnęła biała chmura. W sekundę pani Irena wyglądała jak bałwan, który postanowił zostać wynalazczynią.
Pan Zygmunt kichnął tak mocno, że jego wąs podskoczył.
A Klusek, kot, który przyszedł sprawdzić zamieszanie, wyszedł… całkiem biały. Wyglądał jak naleśnik w futrze.
„Miau,” powiedział z godnością. Brzmiało to jak: „Dziękuję za posypkę.”
Rozdział 4: Pogoń za Kluśkiem i kanapką, czyli test w terenie
„Dobrze,” odchrząknęła pani Irena, otrzepując się z mąki. „To był… test zaskoczenia.”
„To był test śnieżycy,” stwierdził Maks, wycierając nos.
W tym momencie Klusek, nadal biały, zobaczył na stole kanapkę Maksa (drugą, zapasową). Jego oczy zabłysły jak dwa rodzynki.
Chaps!
I kot ruszył w stronę drzwi, dumny jak król.
„Aha!” Maks wskazał palcem. „Czas na funkcję ‘delikatne odbieranie kanapek'!”
Pani Irena przekręciła uchwyt.
„Ręko-łapko, zadanie: odzysk kanapki. Bez krzywdy. Z humorem.”
Ręko-łapka ruszyła na kółkach. Jechała trochę jak wózek sklepowy, który ma własne marzenia, ale trzymała kurs.
Klusek pobiegł przez podwórko. Ręko-łapka za nim: turkot, turkot, turkot.
„Ona go goni!” Maks parsknął śmiechem. „Jak ręka na spacerze!”
Kot wskoczył na ławkę. Ręko-łapka podjechała i… zamiast go łapać, delikatnie pogłaskała go po grzbiecie.
Klusek na chwilę znieruchomiał.
„O, ona ma tryb ‘przebłaganie',” mruknęła pani Łucja, która obserwowała z okna.
Klusek zamruczał tak głośno, że kanapka prawie wypadła mu z pyszczka.
„Teraz!” szepnął Maks.
Ręko-łapka zrobiła ruch jak kelner: podstawiła dłoń pod kanapkę, a potem lekko stuknęła kota w łapkę.
Klusek był tak zaskoczony, że… puścił kanapkę prosto na miękką poduszkę w rękawicy.
„Udało się!” Maks klasnął. „Oddaj!”
Ręko-łapka podała kanapkę Maksowi z elegancją, jakby to było złote trofeum.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś jeszcze: ręko-łapka spojrzała (to znaczy obróciła rękawicę) na Maksa i… zaczęła go przytulać.
„Eee… pani Ireno?” Maks zaczął się śmiać, ale też trochę się szarpał. „Ja lubię przytulenia, ale ja mam kanapkę!”
Ręko-łapka przytulała delikatnie, lecz uparcie, jak ciocia, która spotkała dawno niewidzianego siostrzeńca.
Pani Irena kręciła uchwytem w prawo, potem w lewo.
„Spokojnie, to tylko… mała nadgorliwość. Ona jest bardzo uprzejma. Może aż za bardzo.”
Pan Zygmunt podszedł i powiedział do łapki surowo:
„Proszę zachować dystans, obywatelko rękawico.”
Ręko-łapka na chwilę przystanęła. Jakby się zastanawiała, czy listonosz ma rację.
Maks wykorzystał moment, odsunął się o krok i podniósł kanapkę wysoko.
„Łapko, patrz! Kanapka mówi: ‘Dziękuję, już wystarczy!'”
To było głupie, ale zadziałało. Ręko-łapka opuściła rękawicę i… pomachała przepraszająco.
Pani Irena odetchnęła.
„Uff. Trzeba dodać przełącznik: ‘przytulaj tylko, gdy ktoś poprosi'.”
„I przełącznik: ‘nie przytulaj kanapek',” dodał Maks.
Rozdział 5: Dziękuję, które zostaje w pamięci
Wieczorem pracownia pani Ireny wyglądała jak po bitwie na poduszki z mąki. Na podłodze były białe ślady kocich łap. Klusek siedział na krześle, wylizany już tylko w połowie, i wyglądał jak ciastko, które ktoś oblizał z jednej strony.
„Miau,” powiedział łagodnie. Tym razem brzmiało to jak: „Możemy o tym nie rozmawiać.”
Pani Irena zamontowała nowy, prosty przycisk z napisem: „PROSZĘ” oraz drugi: „DZIĘKUJĘ”.
Maks przyglądał się z zaciekawieniem.
„Po co przycisk ‘Dziękuję'?”
„Bo wdzięczność jest jak oliwa do zawiasów,” wyjaśniła pani Irena. „Wszystko chodzi ciszej i milej, gdy się jej używa.”
Następnego dnia zrobili mały pokaz na podwórku. Pani Łucja przyniosła jabłka, pan Zygmunt paczkę, a Maks… kanapkę, ale trzymał ją już ostrożniej.
Pani Irena skinęła głową do wynalazku.
„Ręko-łapko, podaj jabłko. Proszę.”
Klik. Ręko-łapka podała jabłko idealnie.
„Dziękuję,” powiedziała pani Łucja.
W tym momencie ręko-łapka wcisnęła swój przycisk „DZIĘKUJĘ” (Irena sprytnie połączyła go z małym głośniczkiem).
„Dzię-ku-ję!” zabrzmiał wesoły głos, trochę jak wesoła zabawka, ale bardzo grzeczny.
Ludzie się roześmiali. Nawet pan Zygmunt, który zwykle śmiał się oszczędnie, jakby śmiech był na kartki.
Maks spojrzał na panią Irenę poważniej.
„Pani Ireno… dziękuję. Nie tylko za kanapkę. Za to, że pani robi takie rzeczy. Jest fajniej.”
Pani Irena poczuła, jak robi jej się ciepło pod żebrami, jakby ktoś zapalił małą lampkę.
„A ja dziękuję wam,” powiedziała. „Za śrubki wdzięczności, za jabłka i za to, że się ze mną śmiejecie, nawet gdy wszystko jest w mące.”
Na koniec usiedli na ławce. Klusek podszedł, już prawie całkiem czysty, i z miną specjalisty od przytuleń ocenił sytuację.
Ręko-łapka delikatnie pogłaskała go po głowie, ale dopiero gdy Maks powiedział:
„Możesz. Proszę.”
Słońce zachodziło, a w powietrzu unosił się zapach świeżych jabłek i… odrobiny mąki, która chyba już zawsze będzie częścią tej historii.
Maks ugryzł kanapkę, pani Łucja chrupnęła jabłko, pan Zygmunt poprawił wąsa, a pani Irena zapisała w zeszycie:
„Wynalazek działa. Najważniejsze: pamiętać o ‘proszę' i ‘dziękuję'. To najlepsze przełączniki.”
A potem wszyscy śmiali się jeszcze długo, bo Klusek kichnął tak zabawnie, że przez sekundę znów wyglądał jak mały, puszysty naleśnik.