Rozdział 1: Zakręcony zakład
W pokoju pełnym śmiechu, poduszek i nieposkromionego bałaganu, siedziały dwie siostry. Starsza, Hania, miała jasne jak słońce włosy i oczy w kolorze lodów miętowych. Młodsza, Marta, była o rok młodsza, ale uparcie twierdziła, że do dorosłości już tylko krok. Właśnie rozmawiały, kto z ich klasy potrafi najdłużej nie mrugać oczami, kiedy Hania rzuciła nowe wyzwanie:
– Założę się, że nie wytrzymasz nawet minuty bez śmiechu! – ogłosiła dramatycznie, próbując przybrać poważną minę, choć jej usta drżały już od tłumionego chichotu.
– Ty chyba żartujesz! – Marta wystawiła język. – Ja? Przecież jestem mistrzynią powagi.
– To zobaczymy – stwierdziła Hania, podnosząc brwi. – Zróbmy konkurs: kto pierwszy się roześmieje, przez trzy dni zmywa po obiedzie!
Marta zmarszczyła nos, bo nikt nie lubił poobiedniej walki z zatłuszczonymi talerzami, szczególnie kiedy gąbka nagle zaczyna śmierdzieć.
– Przyjmuję wyzwanie, ale żeby nie było nudno, musimy się wzajemnie rozśmieszać!
Uścisk dłoni, krótkie „tak jest!”, i oto ruszyła Wojna Uśmiechów.
Rozdział 2: Misja – rozśmieszyć siostrę
Już po pierwszych pięciu minutach Marta prawie poległa, bo Hania zaczęła naśladować nauczycielkę matematyki, Panią Grochowiakową, która zawsze mówiła przez nos i gubiła kredę. Kiedy jednak Hania zawyła: „Dziewczynki, dzisiaj mnożymy przez GROCH!”, Marta uratowała się, udając, że sznuruje buty i chowa twarz. Ledwo przetrwała tę próbę.
Kontratak Marty był sprytny. Wyciągnęła ze swojej szuflady stary, plastikowy nos klauna i założyła go, udając, że jest tak poważna, że aż śmieszna. Chodziła po pokoju jak minister finansów, mrucząc: „W tym roku budżet domowy zostanie przeznaczony na lody czekoladowe!” Hania musiała zacisnąć zęby i zatkać uszy, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Z każdą godziną ich wyobraźnia rozkręcała się coraz bardziej. Przez chwilę udawały roboty, potem zwierzęta z dżungli, a kiedy tata wszedł do pokoju i zobaczył, jak Marta skacze po łóżku, krzycząc: „Jestem małpoludem! O, o, o!”, tylko pokręcił głową i wymamrotał coś o „genach po wujku Kubie”.
Ale wciąż żadna nie wybuchła śmiechem. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta.
Rozdział 3: Przypadek wielkiej katastrofy
Nad głowami dziewczynek wisiała kropla losu – rodzice zostawili je same w domu na popołudnie. Mama napisała na kartce: „Nie psocić. Kolacja w lodówce, nie ruszać ciasta!” Ciasto, oczywiście, kusiło jak róg obfitości.
Hania, udając, że szuka inspiracji do kolejnego ciosu w konkursie, powędrowała do kuchni. Tam, pod przykrywką szukania marchewek do śmiesznych wąsów, odkryła czekoladowe ciasto, lśniące jak marzenie. Zawołała Martę:
– Zgadnij, co znalazłam! – wyszeptała konspiracyjnie. – Może szybciutko, tylko po kawałeczku... wtedy będzie jeszcze śmieszniej!
Marta, która już czuła zapach czekolady, skinęła głową, ale nie wypuściła z ust ani śladu uśmiechu. Otworzyły lodówkę, wyjęły ciasto i po cichutku, jakby w operacji specjalnej, odkroiły sobie po kawałeczku.
I wtedy… łup! Hania, próbując zamknąć lodówkę kolanem, strąciła słoik z ogórkami. Ogórki wysypały się, rozbryzgując octową wodę i lądując z głośnym chlupotem na podłodze.
Przez chwilę zapadła cisza, w której nawet muchy nie odważyłyby się bzyczeć. Marta spojrzała na Hanię, Hania na Martę. Miały dwie opcje: wybuchnąć śmiechem i przegrać, albo natychmiast ratować sytuację.
– To była… – zaczęła Marta z poważną miną – ...symfonia ogórkowa.
Obie walczyły, by nie parsknąć. Ale wiedziały, że muszą coś zrobić, zanim mama odkryje ich „artystyczne” dzieło na podłodze.
Rozdział 4: Operacja Ogórek
Dziewczyny zakasały rękawy. Hania pobiegła po papierowe ręczniki, Marta po zmiotkę, choć w jej rękach zmiotka wyglądała jak różdżka wróżki. Zaczęły sprzątać, przekrzykując się nawzajem.
– Trzymaj tego ogórka! Ślizga się! – wrzasnęła Hania.
– Tu jest jeszcze jeden! To jak polowanie na mydło w wannie! – odpowiedziała Marta.
Najgorsze okazało się usunięcie octowego zapachu. Nawet po umyciu podłogi, już na czworakach, co chwilę któraś z nich robiła śmieszną minę, krzywiąc się na ten kwaśny aromat.
– Myślisz, że mama zauważy? – szeptała Hania.
– Jeżeli do jutra nie wywietrzeje, to może pomyśli, że tata próbował nowych przepisów – odparła Marta, puszczając oczko.
W akcie desperacji spryskały podłogę płynem do mycia okien o zapachu malinowym, po czym obie stwierdziły, że teraz w kuchni pachnie jak w sklepie z cukierkami i ogórkami jednocześnie.
Rozdział 5: Przysięga milczenia i plan awaryjny
Gdy kuchnia wreszcie wyglądała, jakby nic się nie stało (przynajmniej z daleka), dziewczynki stanęły na środku i spojrzały sobie w oczy.
– Nikomu ani słowa – rzuciła Hania.
– Nikomu – przytaknęła Marta. – Bo jak się wyda, to będziemy przez sto lat zmywać po obiedzie.
– I zjeść wszystkie ogórki świata! – dodała Hania, udając przerażenie.
Splotły sobie mały palec na znak przysięgi.
Gdy wróciła mama, dziewczynki zachowywały się wzorowo. Odpowiedziały na wszystkie pytania o lekcje, o psa, który tajemniczo gdzieś się zawieruszył, i czy ogórki przypadkiem nie są już przeterminowane. Oboje, jakby nigdy nic, usiadły do kolacji.
Ale wtedy mama uniosła nos i powiedziała z zaskoczeniem:
– Dziwnie tu pachnie… Czy ktoś eksperymentował w kuchni?
Dziewczynki spojrzały na siebie i jednocześnie odpowiedziały:
– Musiał to być tata!
Tata mrugnął do nich konspiracyjnie zza kubka z herbatą, choć nic nie wiedział, ale zawsze był po ich stronie.
Rozdział 6: Ostatnia runda – uśmiech, który rozbraja
Bitwa na śmiech trwała dalej. Wieczorem, kiedy siedziały już w piżamach, Marta, próbując rozładować napięcie, wymyśliła najdziwniejszą zagadkę:
– Co mówi ogórek do ciasta, kiedy spotykają się w lodówce?
Hania, ledwo powstrzymując śmiech, odpowiedziała:
– „Nie mieszaj nas, bo wybuchniemy!”
Marta dodała:
– Albo: „Cześć, jestem twoim nowym dodatkiem do deseru!”
Obie wytrzymały. Ale kiedy nagle zza rogu pojawił się ich kot Maurycy – w zamotanej na szyi szmatce i z marchewką jako ogonem – obie wybuchły śmiechem tak głośno, że tata aż podskoczył na krześle w kuchni.
– Przegrałam! – ryknęła Hania, łapiąc się za brzuch.
– Ale ja też! – dodała Marta zapłakanym ze śmiechu głosem.
Okazało się, że kot, szukając ciepłego miejsca, przewrócił kosz z warzywami i zupełnie przypadkiem wpadł w całą aferę.
Rozdział 7: Zjednoczenie sił – finałowa misja
Zgodnie z umową, powinny teraz przez trzy dni zmywać po kolacji. Ale obie, patrząc sobie w oczy, wiedziały, że nikt naprawdę nie wygrał, bo przecież najlepiej bawiły się wtedy, gdy wygrały śmiechem.
Zamiast narzekać, postanowiły dokończyć wieczór w wielkim stylu. Wyciągnęły z szafy stare ścierki i urządziły konkurs na najśmieszniejsze zmywanie – kto szybciej wyczyści talerz, śpiewając przy tym piosenkę o ogórkach.
– Ogórek, ogórek, ogórek, zielony ma garniturek! – śpiewała Hania, wirując jak baletnica.
– A ja mam ciasto czekoladowe i spojrzenie poważne! – dośpiewała Marta, wycierając miski.
Nagle drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem. Tata, trzymając w rękach ścierkę i śmiejąc się do łez, dołączył do ich konkursu, a mama udawała srogiego jurora, przyznając punkty za styl i ilość piany na rękach.
Rozdział 8: Refleksje w blasku nocnej lampki
Gdy wieczór dobiegł końca, dziewczynki leżały już w łóżkach, zmęczone ale szczęśliwe. Hania spojrzała na Martę i cicho powiedziała:
– Wiesz, jakbyśmy się nie sprzeczały, to by było nudno.
– Bez ciebie byłoby nudno zawsze! – odparła Marta, zamykając oczy.
Obie wiedziały, że rodzina to nie tylko zabawa i śmiech, to też sprzątanie ogórków z podłogi i przysięgi pod stołem. I że największym wyzwaniem nie jest wygrać zakład, tylko przeżyć razem dzień tak, by było co wspominać.
Kiedy zasnęły, kot Maurycy wskoczył na łóżko i ułożył się pomiędzy nimi, a w powietrzu unosił się lekki zapach malin i ogórków – na pamiątkę tej wyjątkowej przygody.
I choć wiedziały, że jutro znów będą się przekomarzać i wymyślać nowe konkursy, żadna z nich już nie chciała wygrać za wszelką cenę, bo najlepsza była ta codzienna, domowa, pełna śmiechu drużyna.
A rano? Rano czekały już na kolejną przygodę, bo przecież w domu sióstr nigdy nie było nudno.