Mglista ulica Dyniowa
Wieczorem na ulicy Dyniowej zapaliły się lampki. Mrugały dynie. Liście szeleściły jak papierki po cukierkach. Pachniało cynamonem i pieczonymi jabłkami. Z daleka ktoś cicho grał na flecie. Pojawiła się miękka mgiełka. Było ciemno, ale przytulnie.
Hania miała pięć lat. Miała też fioletowy kapelusz czarodziejki i małą, błyszczącą pelerynkę. Na pelerynce były gwiazdki. Srebrne jak księżyc. Hania trzymała w rączkach kartonik. Na kartoniku był napis mazakiem: ZASADA MIŁEGO HALLOWEEN.
— Dzisiaj to wytłumaczę — szepnęła do siebie. — Każdemu. I potworom, i dzieciom, i dyniom.
Zza płotu zamiauczał kot. — Miauu, uważaj, strach idzie! — ale to był tylko kot sąsiadki, Fistaszek. Lubił robić psikusy. Fistaszek wskoczył Hani na but. Zamruczał jak mały traktor.
— Fistaszku, chodź ze mną — poprosiła Hania. — Będziesz moim pomocnikiem.
Zapukała do pierwszych drzwi. — Cukierek albo psikus! — zawołała wesoło.
Otworzyła pani Basia w kapciach w kształcie marchewek. — Jaka miła czarodziejka! Proszę, karmelki.
Hania się uśmiechnęła. — Dziękuję! — i dodała: — A pani Basiu, ja dzisiaj tłumaczę jedną ważną zasadę. Żeby nikt się nie bał za bardzo. Zasada jest taka: najpierw pukamy, przedstawiamy się, zdejmujemy maskę, jeśli ktoś się boi. Potem mówimy grzecznie: cukierek albo psikus. I zawsze dziękujemy. Dobrze?
Pani Basia przytaknęła. — Dobrze. To mądre. Przekaż dalej!
Hania ruszyła w mgiełkę. Nagle coś zrobiło: — BUUU!
Z krzaka wyskoczył duszek. Mały, w prześcieradle w grochy. Machał rękami jak wiatrak.
— Ojej! — Hania aż podskoczyła, a Fistaszek nadął ogon. — Kim jesteś?
— Jestem Duszek Chichotek — powiedział duszek i zachichotał tak, że prześcieradło zadrżało. — Lubię straszyć. Buu! Buu!
— Chichotku — Hania stanęła prosto. — Mam ważną zasadę. Zasada Miłego Halloween. Chcesz posłuchać?
Duszek wyjrzał spod grochów. — Yyy... może.
— Najpierw pukasz — zaczęła Hania. — Potem mówisz: „To ja, Duszek Chichotek”. Patrzysz, czy ktoś się nie boi. Jeśli ktoś się boi, zdejmujesz prześcieradło na chwilkę i uśmiechasz się. Widzisz? Tak. I dopiero potem mówisz „cukierek albo psikus”. To pomaga serduszkom nie skakać za szybko.
Duszek zrobił duże oczy. — Ale ja lubię „buu”.
— „Buu” też może być miłe — powiedziała Hania. — Spróbuj: „Buu... bardzo miło cię poznać!”
Duszek powtórzył niepewnie. — Buu... bardzo miło cię poznać.
Fistaszek zamruczał. — No, to brzmi miękko. Jak kocyk.
— To co, spróbujemy razem? — zapytała Hania.
— Spróbujmy! — zachichotał Chichotek.
Strachy uczą się mówić grzecznie
Trójka przyjaciół podeszła do małego domku z niebieskimi drzwiami. Na klamce wisiała mini–miotła. Hania zapukała cichutko. Duszek przełknął ślinę.
— Dzień dobry, to ja, Duszek Chichotek. Buu... bardzo miło cię poznać! Cukierek albo psikus? — powiedział.
Drzwi otworzył chłopiec w piżamie w dinozaury. — O, duszek grzeczek! — uśmiechnął się szeroko. — Proszę, żelki.
— Dziękujemy! — zawołali wszyscy. Hania skinęła do duszka. — Widzisz? Działa.
Nagle, huś! — coś spadło z drzewa. To były trzy pająki. Na nitkach. Chichotek zapiszczał, a Fistaszek zrobił „frrt!” w krzaki. Pająki jednak były z plastiku. Wesoło kołysały się na wietrze.
— To tylko dekoracje — uspokoiła Hania. — Ale rozumiem, że czasem coś straszy. Dlatego mamy zasadę.
Doszli do większego domu. Były tam światełka jak gwiazdki i duża dynia z uśmiechem. Przed schodami stał potworek w pasiastym swetrze. Miał rogi z papieru i wielkie kapcie. Stał dumnie i krzyczał: — BUUUU! BUUUU! NIKT NIE PRZEJDZIE!
Za potworkiem płakała mała dziewczynka w stroju kotka. Miała różowy nos i mokre oczy.
Hania podeszła. — Hej, potworku. Jestem Hania. Mam pięć lat i mam zasadę. Chcesz posłuchać?
Potworek pomasował róg. — A po co? Ja pilnuję. Żeby było strasznie. To Halloween!
— Wiem — kiwnęła Hania. — Halloween to magia i dreszczyk. Ale to ma być dreszczyk miły. Taki tyci–tyci. Ta dziewczynka jest mała. Potrzebuje czasu. Zasada mówi: najpierw pytamy: „Chcesz, żeby było buu, czy raczej hop?” I mówimy, kim jesteśmy. Możemy też pokazać uśmiech. Patrz.
Hania zdjęła kapelusz. Uśmiechnęła się do kotka. — Cześć. Jestem Hania. Chcesz dotknąć mojego kapelusza? Jest miękki.
Dziewczynka dotknęła kapelusza. — Miękki — chlip. Prysnął jeden łezkowy bąbelek i zniknął.
Potworek westchnął. — Hmm. No dobrze. Spróbuję. — Odwrócił się do dziewczynki. — Cześć. Jestem Potworek Stefek. Mam papierowe rogi i wielkie kapcie. Chcesz buu czy hop?
— Hop — szepnęła kotka.
— Hop! — krzyknął Stefek i zrobił zabawny podskok. Kapcie zapiszczały jak gumowe kaczki. Dziewczynka zachichotała.
— Widzisz? — Hania klasnęła w dłonie. — Działa!
— Działa — powtórzył duszek. — Bu... bardzo działa!
Hania wyjęła kartonik. — Zasada Miłego Halloween ma cztery kroki. Posłuchajcie: jeden — pukamy. Dwa — mówimy, kim jesteśmy. Trzy — pytamy, czy buu czy hop. Cztery — dziękujemy i nie zapominamy o uśmiechu.
— A co z cukierkami? — zapytał Fistaszek, który wrócił z krzaków jak ninja.
— Cukierki są pyszne — powiedziała Hania. — I dzielimy się nimi. To też część zasady. Dzielimy się i bawimy razem.
Potworek przytaknął. — To ja będę pomagał. Będę mówił: „buu czy hop?”
— A ja będę szeptał „bardzo miło cię poznać” — rzekł Duszek Chichotek.
— A ja będę mruczał — dodał Fistaszek i zademonstrował nyam–nyam mruczenie.
Wielki Dom na Końcu Ulicy
Na końcu ulicy stał Wielki Dom. Miał skrzypiące schody i okna jak oczy sowy. Przed drzwiami stała ogromna dynia. Uśmiechała się szeroko, aż chyba chciała kichnąć. W oknach tańczyły cienie. Pachniał gorący sok malinowy.
— Tam będzie bal — wyszeptał Stefek. — Pan Cień podobno straszy żyrandolem.
— Pan Cień też dostanie zasadę — powiedziała Hania odważnie. — Idziemy.
Zapukali. Raz, dwa, trzy. Drzwi otworzyły się z długim: — Skrrryyyyp. W progu stanęła pani Malina. Miała fartuszek w serduszka i kapelusz z małą dynią. — Witajcie, mali straszcy i straszki. W środku jest bal. Ale... — pani Malina ściszyła głos — mamy problem. Pan Cień straszy bez pytania. Kilkoro maluchów się schowało pod stołem.
— Zawołam go — rzucił ktoś z korytarza. I już pod sufitem zamigotał cień z kapeluszem. — BUUU! — huknął i zawirował żyrandolem.
Stefek aż przykucnął. Chichotek się zwinął w kłębek. Fistaszek nastroszył wąsy. Hania podniosła kartonik.
— Panie Cieniu! — zawołała. — Proszę tutaj na chwilkę.
Cień z kapeluszem opadł jak firanka. — Kto mnie woła?
— Ja. Hania. Mam pięć lat — powiedziała spokojnie. — I mam Zasadę Miłego Halloween. Chcę ją wyjaśnić.
Cień przechylił kapelusz. — Zasadę? Dla cienia?
— Dla wszystkich — odparła Hania. — Bo wszyscy mamy serca. I uśmiechy. I czasem mamy też strachy. Zasada ma cztery kroki. Pokażę.
Hania weszła na mały stołeczek. Pani Malina podała jej mikrofon. Ale mikrofon tak tylko udawał, bo to była łyżka od zupy. Hania zaśmiała się. — Dobrze. Uwaga!
— Jeden: pukamy. Dwa: mówimy, kim jesteśmy. Trzy: pytamy, czy buu czy hop. Cztery: dziękujemy, uśmiechamy się i dzielimy. Gdy ktoś się boi, zdejmujemy maskę albo przyciszamy buu. Możemy machać łapką. I robić podskoki kapciami. Jak Stefek!
Stefek zrobił hop. Kapcie zapiszczały. Dzieci pod stołem zachichotały.
— Bu... bardzo miło cię poznać — powiedział Duszek Chichotek do stołu. Stół odpowiedział: — He, he.
Cień potarł brodę, choć nie miał brody. — Mogę spróbować inaczej. — Zniżył głos i cicho zamruczał: — Cześć, jestem Pan Cień. Zrobię tylko malutkie buu. Chcesz buu czy hop?
Spod stołu wyszła mała pszczółka. — Hop, proszę.
Cień zrobił hop jak cień żabki. Wszystkie światełka zamrugały wesoło. Pszczółka klasnęła.
— Brawo! — krzyknęła Hania. — Właśnie tak.
Muzyka rozlała się po sali jak gorąca czekolada. Pachniały muffinki dyniowe. Ktoś rozsypał konfetti w kształcie gwiazdek. Dzieci tańczyły z potworkami, duszek kręcił się jak wirujący listek, a Fistaszek pędził za papierowym ogonem smoka. Pan Cień pomagał przy lampkach. Już nie straszył bez pytania.
Pani Malina przyniosła wielki półmisek. Były tam krówki, żelki i ciasteczka w kształcie księżyców. — Pamiętajmy, co mówi Hania — rzekła. — Dzielimy się!
— Dzielimy! — powtórzyli wszyscy.
Hania spojrzała na kartonik. Był już trochę pofalowany od mgły. Ale litery działały jak zaklęcie. Zasada Miłego Halloween.
— Mogę coś dodać? — spytał Stefek.
— Co? — zainteresowała się Hania.
— Pięć: jeśli ktoś zapłacze, podajemy chusteczkę i rękę.
— Tak! — ucieszyła się Hania. — To piękny punkt. Dodajemy. — Dopisała flamastrami: „5. Gdy ktoś się boi, pomagamy”.
— A ja dodam serduszko — szepnął Duszek i narysował małe serce w rogu.
Najmilsze „buu” na świecie
Bal trwał. Czasem ktoś mówił: — Buu! — ale to było miękkie, ciepłe „buu”. Jak kołderka. Czasem ktoś wołał: — Hop! — i wtedy kapcie piszczały, a dzieci śmiały się jak dzwonki. Ktoś przewrócił kubek, ale to nic. Pani Malina przyniosła ściereczkę. Fistaszek zlizał kroplę soku z podłogi i zrobił minę, jakby wypił słońce.
Hania usiadła na schodku. Była szczęśliwa. — Udało się — powiedziała do siebie. — Wytłumaczyłam zasadę.
Obok usiadł Pan Cień. — Dziękuję, Haniu. Ja czasem zapominam, że ktoś może się bać.
— Ja też się czasem boję — przyznała Hania. — Ale wtedy ktoś mówi mi: „Powiedz, czego potrzebujesz”. I ja mówię: „Potrzebuję ręki”. I już jest lepiej.
— Weź moją — mruknął cień i podał… no cóż, cień ręki. Był chłodny jak noc, ale miły jak miękki kot.
Hania się roześmiała. — Dziękuję.
Do schodów podszedł chłopiec z dinozaurami. — Haniu, możesz jeszcze raz powiedzieć tę zasadę? Chcę zapamiętać.
Hania wstała. — Jasne. — I powiedziała głośno, żeby usłyszeli wszyscy:
— Zasada Miłego Halloween! Jeden: pukamy. Dwa: mówimy, kim jesteśmy. Trzy: pytamy, czy buu, czy hop. Cztery: dziękujemy, uśmiechamy się i dzielimy. Pięć: gdy ktoś się boi, pomagamy.
— Uuuuu! — zawyły radośnie potworki. — Uuuuu–uśmiechamy się!
— Bu... bardzo miło cię poznać! — powtarzał Duszek Chichotek, jakby to była ulubiona piosenka.
— Miauu–dzielimy się! — dodał Fistaszek, a potem zaniósł jedno ciasteczko pani Basi w kapciach marchewkowych, bo akurat weszła pożyczyć cukier.
Noc była ciemna, ale nie straszna. Księżyc świecił jak lampka nad łóżkiem. Domy mrugały oknami. Hania schowała kartonik do plecaka. Pelerynka szeleściła cicho. Czuła w sercu ciepło, jakby ktoś tam zapalił malutką dynię.
— Dobranoc, uliczko Dyniowa — powiedziała, kiedy wracała do domu za rękę z mamą, która przyszła po nią. — Dziękuję za buu i hop.
— Dobranoc! — odpowiedziały dynie. — Do przyszłego roku!
Hania weszła do pokoju. Ułożyła swoje cukierki w miseczce. Połowę odłożyła z karteczką „do podziału jutro”. Uśmiechnęła się jeszcze raz. Pomyślała o duszkach, o potworkach, o Panu Cieniu. I o tym, że zasadę zapamiętają.
Zgasiła lampkę w kształcie gwiazdy. Na oknie kropla mgły narysowała kółko. Hania dodała do niego dwie kropki i uśmiech palcem. Powstała buźka.
— Najmilsze „buu” na świecie — szepnęła i wtuliła się w kołdrę.
A na szafce, tuż obok miseczki, leżał kartonik z zasadą. A obok niego, mały rysunek, który Hania zrobiła dla wszystkich przyjaciół.
.-.
(o o)
| O |
| |
'~~~'
\_/
( )
`-'