1. Przebranie i plan dzwonkowy
W miasteczku pachniało jesienią. Liście były rude jak lisek i chrupały pod butami. Nad domami wisiał wieczór, a w oknach migotały dynie z uśmiechami.
Maja miała sześć lat i głowę pełną pomysłów. Tego Halloween chciała zrobić coś wyjątkowego. Nie tylko zbierać cukierki. Nie tylko mówić „cukierek albo psikus”. Jej najważniejszy cel był inny.
Maja chciała policzyć wszystkie dzwonki do drzwi, które zadzwonią tej nocy.
Przyczepiła do pasa małą torebkę na słodycze i… mały notesik. Notesik był żółty jak kukurydza. Do tego ołówek, który miał gumkę w kształcie nietoperza.
— Każdy dzwonek to punkt — szepnęła do siebie. — A ja będę mistrzynią dzwonków!
Przebrała się za małą czarownicę. Miała fioletowy kapelusz, pelerynę w gwiazdki i miotłę, która była tak naprawdę szczotką do podłogi, tylko ozdobioną wstążką. W lustrze wyglądała groźnie… ale kiedy się uśmiechnęła, wyszła raczej „czarownica od przytulania”.
Do drzwi zapukała jej przyjaciółka, Zosia. Zosia była przebrana za dynię. Była okrągła, pomarańczowa i co chwilę chichotała, bo jej kostium szeleścił jak papier.
— Gotowa? — zapytała Zosia.
— Gotowa na dzwonki! — Maja podniosła notes. — Ty zbierasz cukierki, a ja liczę dzwonki. I obie sprawdzamy, czy nikt nie potrzebuje pomocy.
Zosia przytaknęła bardzo poważnie, choć dyniowa czapka zsunęła jej się na jedno oko.
Wyszły na ulicę. Latarnie świeciły jak złote lizaki. W powietrzu unosił się zapach pieczonych jabłek i mokrej trawy. Daleko ktoś śmiał się i stukał w drzwi.
Maja wzięła głęboki oddech. Noc była trochę tajemnicza, ale miła. Jak kocyk w ciemne gwiazdki.
2. Dzwonek numer jeden… i coś dziwnego
Pierwszy dom był niebieski i miał drzwi z wielkim mosiężnym dzwonkiem. Maja nacisnęła przycisk.
DZYŃ!
— Jeden! — zapisała szybko w notesie, robiąc wielką jedynkę.
Drzwi otworzyły się, a w progu stała pani Helena z sąsiedztwa. Miała na głowie kapelusz z piórkami i udawała czarodzieja.
— Ooo, jakie straszne stworzenia! — powiedziała, ale w oczach błyszczało jej wesoło. — Proszę, oto cukierki.
Dostały po dwa. Zosia od razu wsunęła jeden do kieszeni „na później”, bo dynia też musi planować.
Poszły dalej. Drugi dom miał lampiony w kształcie duchów. Maja nacisnęła dzwonek.
DZYŃ!
— Dwa! — zanotowała.
Trzeci dom miał wycieraczkę z napisem „WITAJ”. Kiedy Maja nacisnęła przycisk, dzwonek zabrzmiał inaczej.
DZYŃ… dzyń… dzyń…
Jakby się jąkał.
Maja zmarszczyła brwi. Zosia też.
Drzwi otworzył pan Adam, który był przebrany za pirata i miał plastikową papugę na ramieniu.
— Ten dzwonek czasem sobie śpiewa — wyjaśnił. — Może chce też cukierka.
Zosia parsknęła śmiechem. Maja też, ale w notesie napisała przy trójce małą nutkę.
Następny dom był szczególny. Stał pod wielkim drzewem, a na gałęzi wisiała czarna kokarda. Okna miały zasłonki w nietoperze. Na płocie wisiała tabliczka: „Uwaga, tajemnice”.
— O, tu będzie ekstra dzwonek — szepnęła Maja.
Nacisnęła przycisk.
…nic.
Spróbowała jeszcze raz.
…cisza.
Maja spojrzała na przycisk. Był, ale jakby spał.
— Może się obraził? — zapytała Zosia.
— Albo się przestraszył Halloween — powiedziała Maja i poczuła w brzuchu małe „brrr”, takie łagodne, jak łaskotanie.
Zamiast dzwonka usłyszały delikatne: puk, puk. Jakby ktoś stukał od środka.
Zosia przytuliła swoją torebkę. Maja ścisnęła ołówek.
Drzwi uchyliły się bardzo powoli. W szparze pojawiła się… kartka. A na kartce był rysunek dzwonka i strzałka. Strzałka prowadziła do małej, zielonej skrzynki obok doniczki.
— To wygląda jak zagadka — szepnęła Zosia.
Maja aż podskoczyła z radości, choć trochę się bała.
— Zagadka dzwonkowa! — powiedziała. — Musimy to rozwiązać.
3. Tajemnicza skrzynka i ślad cukierków
Maja podeszła do zielonej skrzynki. Była wielkości pudełka na buty. Na wieczku miała naklejkę: „Tylko dla odważnych (i uprzejmych)”.
— Jesteśmy uprzejme — przypomniała Zosia.
— I odważne… tak trochę — dodała Maja.
Otworzyła skrzynkę. W środku był mały dzwoneczek, taki jak w rowerku, i karteczka.
Na karteczce napisano: „Dzwonek uciekł. Znajdź go. Idź za śladem dyniowych kropek.”
— Dyniowe kropki? — Zosia popatrzyła na swoje przebranie. — Ja mam dynię, ale nie kropki.
Maja rozejrzała się po schodkach. Na pierwszym stopniu leżała pomarańczowa naklejka w kropkę. Na następnym też. A dalej, na chodniku, znów.
— To ślad! — szepnęła Maja.
Dziewczynki ruszyły, krok po kroku, za dyniowymi kropkami. Z każdym krokiem robiło się trochę ciemniej, bo weszły w aleję drzew. Ale latarnie świeciły, a na gałęziach wisiały papierowe duszki, które wyglądały, jakby tańczyły w wietrze.
— Jak w zaczarowanym tunelu — powiedziała Zosia, ale uśmiechała się.
Maja liczyła w myślach oddechy, żeby się nie bać. Raz, dwa, trzy… i było jej lżej.
Nagle coś zaszeleściło w krzakach.
— Kto tam? — zapytała Maja cicho.
Z krzaków wyskoczył… kot. Czarny, z białą łatką na nosie. Na szyi miał pomarańczową wstążkę. Kot spojrzał na nie i miauknął, jakby mówił: „No wreszcie!”.
— To on robi psikusy? — Zosia przykucnęła.
Kot obrócił się i pobiegł powoli, tak żeby mogły za nim iść. Co kilka kroków przystawał i patrzył, czy idą.
— On nas prowadzi! — Maja poczuła dumę, jakby była prawdziwą detektywką-czarownicą.
Ślad dyniowych kropek doprowadził je do małego podwórka za biblioteką. Tam stała wielka dynia z wyciętymi oczami. Była tak duża, że mogłaby być domkiem dla krasnoludków.
Przed dynią leżał… dzwonek do drzwi. Taki prawdziwy, z przyciskiem i kabelkiem, ale bez drzwi.
— Ojej. To dlatego w tamtym domu nie dzwoniło — szepnęła Maja.
Obok dzwonka stała miseczka z cukierkami i kolejna karteczka: „Naciśnij, jeśli się nie boisz.”
Maja przełknęła ślinę. Zosia położyła jej rękę na rękawie peleryny.
— Jestem z tobą — powiedziała.
Maja uśmiechnęła się. — Ja z tobą też.
Uniósł się wiatr i liście zakręciły jak małe wirujące duchy. Kot usiadł i mrugnął.
Maja wyciągnęła palec.
I nacisnęła przycisk.
4. Najpiękniejsza straszka i dzwonek numer…
DZYŃ!!!
Dzwonek zadzwonił głośno, aż echo odbiło się od ścian biblioteki. A zaraz potem… dynia otworzyła „buzię” i z środka wyskoczyło coś wielkiego.
— BUUU! — powiedziało to coś.
Zosia pisnęła, ale od razu zaczęła się śmiać, bo „coś” okazało się panem Adamem-piratem w prześcieradle ducha. Prześcieradło było za krótkie i wystawały mu pirackie buty w paski.
Za nim wyszła pani Helena-czarodziej, a obok nich jeszcze kilka sąsiadów. Wszyscy trzymali małe latarki i uśmiechali się od ucha do ucha.
— Udało się! — zawołała pani Helena. — To była nasza halloweenowa zabawa. Zgubiony dzwonek!
— I piękna straszka! — dodał pan Adam, robiąc groźną minę, ale papuga na ramieniu spadła mu na rękę, więc wyszło bardzo śmiesznie.
Maja stała przez sekundę nieruchomo. Serce jej łomotało, ale w środku było ciepło. To był strach, który kończy się śmiechem. Taki, który mówi: „Jesteś bezpieczna.”
— To… to była najgłośniejsza straszka na świecie — powiedziała i też się roześmiała.
Zosia podniosła miseczkę. — A cukierki są prawdziwe?
— Prawdziwsze się nie da — odpowiedział pan Adam. — I macie medal za odwagę.
Pani Helena podała Mai małą naklejkę z dzwonkiem. Na naklejce było napisane: „Mistrzyni Dzwonków”.
Maja otworzyła notesik. — Muszę to zapisać. Ten dzwonek był… który?
Zosia zmrużyła oczy, licząc po palcach. — Było: jeden, dwa, trzy… i potem dużo… ale ten był specjalny.
Maja uśmiechnęła się szeroko. — Ten liczy się podwójnie. To będzie… dzwonek numer DZIESIĘĆ!
Napisała wielką dziesiątkę i dorysowała obok małego ducha w pirackich butach.
Sąsiedzi odprowadzili je kawałek. Kot też poszedł z nimi, jakby pilnował, żeby żadna dynia nie potknęła się o liść. Kiedy wróciły na swoją ulicę, okna świeciły ciepło, a w domu Mai pachniało kakao.
— Wiesz co? — powiedziała Zosia, stojąc już przy furtce. — Najlepsze było to, że się nie zgubiłyśmy. Byłyśmy razem.
Maja przytuliła ją delikatnie, uważając na dyniowy brzuch kostiumu. — Razem jest mniej strasznie. I bardziej śmiesznie.
W pokoju Maja położyła notes na stoliku. Dziesięć dzwonków. Dużo cukierków. I jedna wielka, piękna straszka, która zakończyła się śmiechem.
Zanim zasnęła, pomyślała jeszcze: „Następnym razem policzę też… ile razy ktoś się uśmiechnął.”
I w tym ciepłym, halloweenowym mroku, z nutką tajemnicy, Maja zasnęła spokojnie.