Przygotowania
Jeżyk Franek mieszkał w małym domu z mchowym dachem. Jesień malowała drzewa na żółto i czerwono. Liście szurały pod nogami. Powietrze pachniało ogniskiem i jabłkami. Nadeszło Halloween, noc pełna cichych dźwięków i tajemnic.
Franek miał ważne zadanie. Chciał stworzyć magiczny moment dla całej leśnej wioski. Nie straszny moment, tylko taki, który sprawi, że wszyscy poczują radość. Franek uwielbiał robić rzeczy z niczego. Z patyków robił instrumenty. Z liści – kapelusze. Z kamyków – małe latarenki.
Przygotowania zaczęły się o świcie. Franek zbierał dynie. Nie były idealne. Jedna miała guzek, druga miała zbyt mały uśmiech. Franek uśmiechał się do nich i mówił: „Ty możesz świecić pięknie.” Obierał dynie, wycinał dziurki i robił w nich wzory. Wzory przypominały gwiazdki, księżyce i małe serduszka. Kiedy Franek dotykał dyni, czuł ciepło pod pazurkami. Pachniało miąższem i płonącymi lampkami.
Potem Franek robił latarnie z słoików. Wkładał do nich kawałki pomarańczowej bibuły i świeczki. Do słoików przywiązywał kolorowe wstążki. Gdy świeczki płonęły, słoiki wyglądały jak małe ogniska. Wioska miała pamiętne światła.
Franek pracował razem z przyjaciółmi. Ptaszek Kiki ćwierkała piosenki, żeby nikt się nie martwił. Borsuk Felek przewoził ciężkie dynie na swojej małej przyczepce. Sowa Lela dodawała mądre rady: „Pamiętaj o bezpieczeństwie, Franek. Świece niech stoją w słoikach.” Jeżyk był szczęśliwy. Wszystko szło dobrze. Aż do momentu, gdy powiał niski wiatr.
Przygoda
Wiatr był psotny. Przewalał liście jak papierki. Świeczki w słoikach zgasły jedna po drugiej. Dynie stały się smutne i ciemne. Franek poczuł małe ukłucie strachu. „Co zrobimy?” – zapytał.
Wtedy Kiki poleciała w górę i zaśpiewała głośniej. Jej piosenka brzmiała jak złota łopata, która odkopywała pomysły. Felek zaproponował: „Zróbmy ogródek świetlny z lampionów z liści. One nie zgasną na wietrze!” Sowa Lela przyniosła suchą trawę i drobne patyczki. Franek poczuł, że w jego brzuszku pojawia się iskierka odwagi.
Pracowali razem. Z liści i cienkich gałązek zrobili małe latarenki. Liście były pomarańczowe jak jesienne słońce. Kiki śpiewała, a drobne świetliki zatańczyły nad ich głowami. Świetliki były maleńkie, ale ich światło było mocne. Franek delikatnie poprosił: „Czy nam pomożecie?” Świetliki odpowiedziały migotaniem, jakby mówiły „Tak!”
Gdy lampioniki zaczęły świecić, coś dziwnego wydarzyło się w lesie. Cienie drzew poruszyły się jak wesołe postacie. Koguciki lisów pokazywały się za korzeniami. Ciche duchy? Nie. To były szelki wiewiórek, które skakały wśród gałęzi i zostawiały śmiech jak cukierki. Wszyscy się uśmiechnęli.
Nagle zza stogu siana wyskoczył Mały Wilk z kapeluszem z papieru. Był trochę przestraszony. „Zgubiłem moją muzyczkę” – powiedział. Bez muzyki nie było żadnej piosenki. Bez piosenki nie było tańca. Franek wiedział, że chwila była kruche. Wzruszył się. Poszukał razem z przyjaciółmi. Szukali pod liśćmi, w mchu, w pustych dyniach. W końcu Kiki znalazła muzyczkę przy korzeniu starego dębu. Mały Wilk odetchnął. Zagrał jedną nutę. Dźwięk był jak dzwoneczek. Cały las odpowiedział.
A jednak pojawiła się jeszcze jedna przeszkoda. Małe straszki zrobione z chustek, które Sowa Lela przygotowała, zaczęły fruwać i plątać wstążki z lampionów. Wyglądało, że chustki zrobiły psikus. Franek nie był zły. Widział tylko zabawy. Uśmiechnął się szeroko i powiedział: „Zróbmy z tego taniec chustek!” Wszyscy zaczęli tańczyć. Chustki powiewały, wstążki kręciły się jak śmigła. Nawet księżyc wydawał się kiwał głową z aprobatą.
Mały rebours: nagle zrobiło się ciemniej, bo chmura przysłoniła księżyc. Dziecięce serca mogły zadrżeć. Franek stanął na kamieniu i odezwał się cichym, pewnym głosem: „Zamknijcie oczy na chwilę i wyobraźcie sobie najpiękniejsze światło.” Zwierzęta zamknęły oczy. Pomyślały o cieple ogniska, o maminej herbacie, o śmiechu. Kogoś oblizał zapach cynamonu. Powoli chmura przeszła dalej. Księżyc wysłał promyk. Światła znów błysnęły. Wszystko znów było jasne.
Magiczna chwila
Nadszedł wieczór. Na polanie stały dynie, słoiki i liściaste lampiony. Zwierzęta zebrały się w kręgu. W powietrzu unosił się zapach pieczonych jabłek. Głosy były ciche, jakby las trzymał oddech. Franek poczuł, że to jest moment. Jego zadanie miało się spełnić.
Franek zapalił najmniejszą świeczkę. Jej płomień był nieśmiały, ale stał się przyjacielem. Świetliki zatańczyły wokół płomyka. Kiki zaśpiewała melodię słoneczną, a Mały Wilk zagrał na swojej muzyczce. Dźwięki mieszały się z szumem liści. Sowa Lela opowiedziała krótką, zabawną historię o dyni, która chciała być gwiazdą rocka. Wszyscy się roześmiali. Śmiech był miękki jak puch.
I wtedy działo się coś niezwykłego. Dynie zaczęły delikatnie drżeć. Z ich środka wychodziły małe świetlne iskierki. Iskierki unosiły się i tworzyły obrazki w powietrzu. Najpierw pojawił się kot z kapeluszem, potem latarnia z liści, a na końcu wielkie serce, które świeciło jak słońce. Obrazki były żywe. Wszyscy mogli je dotknąć palcem, choć były zrobione ze światła. Kiedy Franek dotknął serca, poczuł ciepło w pyszczku. To było jak gorąca czekolada i ciepłe kocyki naraz.
Chwilę potem na polanę zaczęły spadać złote liście. Spadały tak powoli, że można je było liczyć. Liść pierwszy, liść drugi... Każdy liść szeleszczał jak mnóstwo małych szeptów. Szepty mówiły: „Bądź odważny. Bądź kreatywny. Dziel się światłem.” Zwierzęta patrzyły z oczami szeroko otwartymi. Każde z nich poczuło, że może zrobić coś pięknego. Borsuk Felek postukał w swoją skrzynię i wymyślił nową melodię. Kiki zaprosiła wiewiórkę do wspólnego tańca. Mały Wilk obiecał, że następnym razem przyprowadzi kolegów.
Na koniec Franek poprosił każdego o jedno życzenie. Życzenia były proste: więcej zabawy, więcej dyni, ciepły kocyk dla każdego. Franek wypuścił iskierkę swojego życzenia. Iskierka wzniosła się wysoko i rozbłysła jak maleńka gwiazdka. Gwiazdka posłała ciepły blask wszystkim obecnym.
Wszyscy klasnęli cicho. Nie było wielkich wybuchów. Nie było krzyków. Była miękka radość. Franek poczuł, że jego zadanie zostało wykonane. Stworzył moment magii, który nie bał się ciemności, a raczej ją przytulał.
Las powoli wracał do ciszy. Zwierzęta rozchodziły się do swoich domków. Kiki szeptała ostatnią piosenkę. Felek odprowadzał dynie do ich miejsc. Sowa Lela zostawiła obok drzwi mały list: „Dziękuję za odwagę i śmiech.” Franek przytulił się do swojej dyni i poczuł, że całe jego serce jest ciepłe.
Gdy już miało zapadać w pełnej nocy, Franek usiadł na swoim progu. Wpatrywał się w resztki świateł. Gwiazdy mrugały jak małe lampki. Wiatr uspokoił się. W powietrzu pozostał zapach cynamonu i mokrego mchu. Franek zamknął oczy. Uśmiechnął się. Wiedział, że kiedy indziej znów stworzy coś pięknego.
Wszyscy wzięli głęboki oddech i zapadła cicha pauza.