Część 1: Dyniowy wieczór i list, który zniknął
W miasteczku Brzozowy Zakątek nadszedł Halloween. Na płotach wisiały papierowe nietoperze, a w oknach mrugały lampki jak małe robaczki. Powietrze pachniało liśćmi i pieczonymi jabłkami.
Czwórka przyjaciół spotkała się pod domem Leny. Lena miała prawie sześć lat i była bardzo uważna. Zawsze sprawdzała, czy komuś nie spadła czapka albo czy kot sąsiadki ma wodę. Dziś była przebrana za czarownicę, ale taką wesołą: jej kapelusz miał żółtą gwiazdkę, a miotła była zrobiona z piórek.
Obok stał Tymek, też prawie sześciolatek, w stroju rycerza. Zbroja była z kartonu, a miecz z gumy. Tymek lubił mówić: „Nie boję się niczego!”, choć czasem mrugał szybciej, gdy coś zaszeleściło.
Maja miała sześć lat i była duchkiem. Ale nie strasznym. Jej prześcieradło miało narysowane wielkie uśmiechnięte oczy. Kiedy biegła, wyglądała jak biała chmurka.
A Olek, prawie sześć lat, przebrał się za kota. Miał czarne uszy, wąsy z włóczki i ogon, który co chwilę mu spadał. Za każdym razem mówił: „Miau! To nie ja, to ogon!”
— Gotowi? — zapytała Lena. — Dziś zbieramy cukierki, ale… mam też misję.
— Misję? — Tymek wyprostował się jak prawdziwy rycerz. — Jaką?
Lena ściszyła głos, jakby opowiadała sekret do ucha księżycowi.
— W naszej klatce schodowej ktoś zgubił list. Pani Zosia z parteru mówiła, że to ważny list. Widziałam go rano na schodach, a teraz… zniknął.
Maja zrobiła „uuu”, ale bardzo cicho i bardziej z ciekawości niż ze strachu.
— A może list uciekł? — zapytał Olek i poprawił ogon. — Koty czasem tak robią. To znaczy… koty nie, ale ogony tak!
Lena uśmiechnęła się.
— Musimy go odnaleźć. To Halloween, więc może list schował się w jakiejś tajemnicy. Ale spokojnie. Będziemy odważni i uprzejmi.
Ruszyli. Na ulicy było gwarno. Dzieci w przebraniu biegały jak kolorowe cukierki. Tu wampir, tam księżniczka, dalej mały smok, który kichał brokatem.
Przy pierwszym domu zapukali.
— Cukierek albo psikus! — zawołali razem.
Drzwi otworzyła pani w fartuchu z dyniami. Dała im po jednym cukierku i po jednym… małym papierowym znaczku w kształcie gwiazdy.
— To za uśmiech — powiedziała.
Lena wzięła gwiazdkę i od razu ją schowała do kieszeni. „Może się przyda”, pomyślała.
Idąc dalej, oglądali dekoracje. Jedna dynia miała krzywy uśmiech, jakby opowiadała żart. Druga miała brwi tak groźne, że Tymek szepnął:
— Ta dynia chyba ćwiczyła miny w lustrze.
Za rogiem wiatr poruszył suchymi liśćmi. Zaszeleściły jak papier.
— Słyszycie? — Maja przystanęła. — Jak… jak list!
— List nie szeleści sam — stwierdził Tymek, ale już patrzył w krzaki.
— A może szeleści, bo chce, żebyśmy go znaleźli — powiedziała Lena. — Chodźmy za tym dźwiękiem.
Podeszli do małego parku. Na ławce leżała… koperta! Biała, z czerwonym znaczkiem.
— Ooo! — Olek prawie zamruczał z radości. — To on?
Lena wzięła kopertę ostrożnie, jakby trzymała mały skarb. Ale zaraz zmarszczyła czoło.
— Tu jest napisane „Dla Pana Listonosza” — przeczytała powoli. — To nie pani Zosia.
Maja przekrzywiła głowę.
— Czyli to… list do listu? — zapytała.
— Może to wskazówka! — Tymek aż podskoczył. — Rycerze lubią wskazówki.
W kopercie była karteczka. Na niej ktoś narysował dynię i strzałkę w stronę starej skrzynki na listy przy sklepie.
— Idziemy! — zdecydowała Lena. — Ciekawość prowadzi nas dalej.
Część 2: Skrzynka, która mrugała, i miękki dreszczyk
Skrzynka na listy przy sklepie była stara i zielona. Miała małe drzwiczki i okienko, w którym odbijało się światło latarni. Wyglądało, jakby skrzynka mrugała.
— Ona na mnie patrzy — szepnął Olek.
— To tylko latarnia — odpowiedziała Lena. — Ale przyznaję… trochę śmiesznie.
Tymek podszedł pierwszy, bo rycerz. Zajrzał do środka.
— Widzę… ciemność — ogłosił poważnie. — I… coś białego!
Maja wsunęła rękę, ale jej rękaw duchka zahaczył.
— Uu! — pisnęła, ale zaraz się zaśmiała. — To mój rękaw. Przepraszam, duchowe sprawy.
W końcu Lena sięgnęła i wyciągnęła małą, zmiętą kartkę. Był na niej napis: „Kto zgubił list, ten go znajdzie tam, gdzie gwiazdy świecą w dzień”.
— Gwiazdy świecą w dzień? — powtórzył Olek. — W dzień gwiazdy śpią. Ja też czasem śpię w dzień.
— Gwiazdy w dzień… — Maja spojrzała w górę. — Może chodzi o coś w środku, co świeci jak gwiazda.
Lena przypomniała sobie papierową gwiazdkę w kieszeni i inne dekoracje w oknach.
— W szkole! — zawołała nagle. — W naszej sali wisi girlanda gwiazd. I świeci w dzień, bo jest złota i błyszczy. A obok jest tablica z ogłoszeniami.
— Szkoła w Halloween? — Tymek udawał, że wzdycha. — To brzmi jak najstraszniejsza rzecz.
— Spokojnie — uspokoiła go Lena. — Nie idziemy na lekcje. Idziemy po list.
Ruszyli pod szkołę. Budynek był cichy, ale nie straszny. Okna miały wycięte z papieru dynie i koty. W środku świeciło światło pani woźnej, bo przygotowywała salę na jutro.
— Dobry wieczór! — zawołała Lena grzecznie przez uchylone drzwi.
Pani woźna, pani Ela, uśmiechnęła się.
— O, jakie piękne przebrania! Dokąd tak późno?
Lena opowiedziała o zgubionym liście pani Zosi i o wskazówkach. Pani Ela przyłożyła palec do brody.
— List… Hm. Dziś rano znalazłam kopertę na schodach i położyłam ją na tablicy w korytarzu, żeby nikt jej nie zdeptał. Może to to?
Serce Leny zrobiło „bum” z radości.
— Czy możemy spojrzeć?
Pani Ela zaprowadziła ich do korytarza. Girlanda złotych gwiazd wisiała nad tablicą. Błyszczała nawet teraz, jakby mówiła: „Cześć, jestem gwiazdą!”
Na tablicy leżało kilka kartek: ogłoszenie o zgubionej rękawiczce, rysunek psa i… koperta.
Lena wzięła ją delikatnie. Na kopercie było napisane: „Pani Zosia, parter”.
— To on! — ucieszyła się Maja i zakręciła się jak chmurka.
— Misja prawie zakończona! — ogłosił Tymek.
— A ja myślałem, że list ugryzł skrzynkę — dodał Olek. — Bo skrzynka wyglądała głodna.
Wszyscy zachichotali, nawet pani Ela.
— Dobrze, że przyszliście — powiedziała. — Ciekawość i troska to świetna para.
Lena przytuliła kopertę do siebie.
— Zaniesiemy ją pani Zosi. Ale… skąd były te wskazówki? Dynia, strzałka, gwiazdy…
Pani Ela mrugnęła.
— W Halloween wszystko lubi zabawę. Może ktoś chciał, żebyście poczuli się jak detektywi.
— Detektywi w przebraniu! — zachwyciła się Maja.
— Rycerz-detektyw! — dodał Tymek.
— Kot-detektyw! Miau! — Olek prawie zgubił ogon ze śmiechu.
Wyszli ze szkoły. Noc była ciemniejsza, ale ich kroki były lekkie. Lampy świeciły ciepło, jakby prowadziły ich do domu.
Część 3: List wraca do domu i gwiezdna lampka na dobranoc
Pod klatką schodową pani Zosi pachniało herbatą z malinami. Drzwi jej mieszkania były ozdobione wiankiem z liści i małą dynią z uśmiechem.
Lena zapukała.
— Kto tam? — odezwał się miły głos.
— To my! Lena, Tymek, Maja i Olek — powiedziała Lena. — Mamy coś ważnego.
Drzwi otworzyły się, a pani Zosia spojrzała na nich zaskoczona.
— Ojej, jakie cudne straszydełka! — zaśmiała się. — Co się stało?
Lena podała list oburącz, jak prawdziwy skarb.
— Znalazł się. Był na tablicy w szkole. Szukaliśmy go, bo pani mówiła, że ważny.
Pani Zosia aż przyłożyła dłoń do serca.
— Dzieci kochane… To list od mojej wnuczki. Ona mieszka daleko i rzadko pisze. Martwiłam się, że zginął.
Otworzyła kopertę ostrożnie. Jej oczy zrobiły się mokre, ale uśmiech szeroki.
— Pisze, że uczy się jeździć na rowerze. I że tęskni. I że wysyła… o! — Pani Zosia wyjęła małą paczuszkę owiniętą bibułką.
— Co to? — zapytał Olek, aż wąsy mu drgnęły.
Pani Zosia rozwinęła bibułkę. W środku była mała lampka nocna w kształcie gwiazdy. Miała miękkie, ciepłe światło, jak kawałek spokojnego nieba.
— To dla mnie… ale ja chcę, żebyście ją zobaczyli — powiedziała pani Zosia. — Moja wnuczka napisała: „Niech ta gwiazdka świeci, kiedy jest ci trochę smutno albo kiedy boisz się ciemności”.
Maja westchnęła.
— To jest najłagodniejsza gwiazda na świecie.
Tymek chrząknął, jakby rycerzowi coś wpadło do hełmu.
— Rycerze też czasem lubią lampki — powiedział szybko. — Żeby… żeby czytać mapy.
— Ja lubię, żeby świeciło na miseczkę z mlekiem — dodał Olek. — Koty tak mają.
Pani Zosia roześmiała się i postawiła gwiezdną lampkę na półce w przedpokoju. Włączyła ją. Światło rozlało się po ścianach jak ciepły miód.
— Dziękuję wam — powiedziała cicho. — Jesteście bardzo troskliwi. I ciekawi świata. Dzięki temu list wrócił.
Lena poczuła w brzuchu miłe ciepło. To było lepsze niż cukierki, choć cukierki też były fajne.
— To była dobra przygoda — powiedziała. — Trochę tajemnicza, ale bezpieczna.
— I z humorem — dodała Maja, patrząc na ogon Olka, który znowu spadł.
— Miau, ogon ma własne plany — westchnął Olek i wszyscy znowu się zaśmiali.
Pani Zosia dała im po małym ciasteczku w kształcie duszka. Duch miał uśmiech i rodzynkowe oczy.
— Na drogę — powiedziała. — I pamiętajcie: jak coś zginie, warto szukać z sercem i z ciekawością.
Pożegnali się i zeszli na dół. Na klatce schodowej było teraz jaśniej, jakby gwiezdna lampka świeciła aż do nich, choć stała piętro wyżej.
— A my? — zapytał Tymek. — Kto będzie miał gwiezdną lampkę?
Lena spojrzała na przyjaciół.
— My mamy coś podobnego — powiedziała i wyjęła z kieszeni papierową gwiazdkę, którą dostała na początku. — Nie świeci, ale przypomina, że gwiazdy mogą być wszędzie. Nawet w kieszeni.
Maja przyłożyła gwiazdkę do swojego duchowego prześcieradła.
— Teraz ja jestem trochę gwiazdą — stwierdziła.
— A ja jestem kotem z gwiazdą! — Olek próbował przykleić ją do ucha, ale gwiazdka spadła mu na nos.
Tymek zaśmiał się najgłośniej.
— Dobra, drużyno. Cukierki czekają. Ale najpierw… odprowadzimy Lenę pod drzwi. Tak robią rycerze.
Odprowadzili się nawzajem, bo to była ich zasada: wracamy razem i bez pośpiechu. Kiedy Lena weszła do domu, mama zapytała:
— I jak Halloween?
Lena uśmiechnęła się szeroko.
— Było trochę tajemniczo. Znaleźliśmy ważny list. I była gwiazdka, która świeci na dobranoc.
Wieczorem Lena leżała w łóżku. Za oknem wiatr szeptał w liściach, jakby opowiadał kolejną zagadkę, ale już bardzo cichą. Lena nie bała się. Myślała o tym, jak razem szli, jak pytali, jak odkrywali wskazówki.
W jej wyobraźni gwiezdna lampka pani Zosi świeciła nad całym Brzozowym Zakątkiem. Ciepło, spokojnie, jak małe „dobranoc” dla wszystkich.
A kiedy Lena zamknęła oczy, pomyślała jeszcze: „Ciekawość jest jak latarka. Nie musi straszyć. Może świecić i prowadzić”.
I zasnęła, jakby przykryła ją miękka, jasna gwiazda.