W małym miasteczku stał ratusz z wieżą. Na wieży siedziała gargulica z kamienia. Miała na imię Gienia. Z daleka wyglądała groźnie, ale w środku była miękka jak bułka z masłem. Tylko nikt o tym nie wiedział, bo gargulice rzadko mówią głośno.
Pod ratuszem bawiły się cztery dziewczynki. Miały po trzy latka i wielkie pomysły. Były: Hania, Maja, Zosia i Lila. Wózek dla lalek był ich powozem. Patyk był różdżką. A kałuża była morzem, ale takim, w którym mieszkały tylko żabie uśmiechy.
Pewnego popołudnia Hania spojrzała w górę.
„Patrzcie! Ta kamienna pani ma smutne oczy” — powiedziała.
Maja zmarszczyła nos.
„Może jej zimno? Kamień nie ma sweterka.”
Zosia przytuliła misia.
„Może się boi? Ja też czasem się boję suszarki.”
Lila szepnęła:
„To gargulica. Ona pilnuje deszczu. Tak mówi babcia.”
W tej chwili stało się coś małego i magicznego, jak kichnięcie wróżki. Z rynny ratusza kapnęła kropla. Kap. Kap. Kap. A potem kropla uderzyła w nos Gieni i… nos się poruszył.
Gienia zamrugała. Bardzo ostrożnie. Jakby mruganie mogło się stłuc.
„Piiii… dzień dobry” — wyszeptała tak cicho, że tylko gołąb usłyszał. Ale gołąb miał ważne sprawy, więc udawał, że nie.
Dziewczynki usłyszały jednak świetnie, bo dzieci słyszą nawet, jak rośnie trawa.
„Ona mówi!” — ucieszyła się Lila.
„Dzień dobry!” — zawołały wszystkie cztery naraz, bo cztery naraz to najlepszy naraz.
Gienia spojrzała w dół. Ojej. Wysoko.
„Ja… ja się boję” — powiedziała. „Boję się… wody.”
Maja aż usiadła na ziemi.
„Ale ty jesteś od wody! Gargulice robią plu, plu, plu!”
„No właśnie” — jęknęła Gienia. „A co, jeśli woda mnie połaskocze? Albo… zrobi chlup na czubek i będzie mi głupio?”
Zosia pokiwała głową poważnie.
„Jak mi kapie na głowę, też mi głupio.”
Hania klasnęła w dłonie.
„To my cię pocieszymy! Jesteśmy Pocieszaczki!”
„Pocieszaczki!” — powtórzyła Maja, bo to brzmiało jak nazwa drużyny superbohaterek.
Dziewczynki rozejrzały się po rynku. Było tu kilka koszy. Jeden na papier, jeden na plastik, jeden na szkło. A obok stał wielki kosz na śmieci zmieszane, trochę obrażony, bo nikt go nie lubił.
Lila podeszła do koszy i powiedziała groźnie do papierka po cukierku, który leżał na ziemi:
„Papierku, do domku!”
Wrzuciła papierek do właściwego kosza. Maja podniosła butelkę po wodzie i wrzuciła ją do plastiku.
„Butelko, do kąpieli… to znaczy do kosza!” — zachichotała.
Zosia znalazła kapsel.
„Ty jesteś mały rycerz. Ale rycerze też sprzątają” — i kapsel poszedł do metalu w jej wyobraźni, a w prawdziwym życiu do plastiku, bo takie były zasady na placu.
Hania stanęła pod wieżą i zawołała:
„Gieniu! My robimy porządek, żeby deszcz był czysty! Bo jak deszcz spada na śmieci, to deszcz robi fuj.”
Gienia zrobiła wielkie, kamienne „ooo”.
„Czysty deszcz? To brzmi… mniej łaskocząco.”
„I mniej smutno” — dodała Zosia.
Wtedy wiatr przyniósł małą reklamówkę, która tańczyła jak duch… ale wcale nie straszny, tylko głupiutki. Zawinęła się na latarni jak szalik.
Maja pokazała na nią palcem.
„O, potwór foliowy!”
Lila parsknęła śmiechem.
„To nie potwór. To folia, co uciekła.”
„To ją złapiemy!” — zdecydowała Hania.
Dziewczynki podeszły razem. Raz, dwa, trzy… i folia była złapana. Zosia przytuliła ją ostrożnie, jakby była kotkiem.
„Nie uciekaj na drzewo. Drzewa nie jedzą folii.”
Wrzuciły reklamówkę do plastiku. Kosz aż jakby odetchnął.
„Dziękuję” — powiedział kosz. Nikt nie zdziwił się, bo w tym miasteczku nawet kosze miały swoje zdanie, tylko mówiły bardzo cicho.
Gienia patrzyła z góry i jej brwi z kamienia uniosły się odrobinę.
„Wy… sprzątacie dla mnie?”
„Dla ciebie i dla żab i dla ptaków i dla nas” — wyliczała Maja na palcach. Miała ich pięć, więc wyliczanie było łatwe.
„I dla chmur!” — dodała Lila. „Chmury lubią czysto.”
„Ja też bym lubiła” — szepnęła Gienia. „Ale ja jestem kamieniem. Kamień nie lubi, tylko… stoi.”
„Kamień też może lubić” — powiedziała Hania. „Ja lubię kamyki. To znaczy kamyki lubią, jak je głaszczę.”
Zosia zrobiła minę mędrca.
„Gieniu, a ty się boisz wody, bo nigdy nie próbowałaś się z nią zaprzyjaźnić.”
„Przyjaźń z wodą?” — Gienia aż zapiszczała. „A jak ona mnie zmoczy?”
„To dobrze!” — zaśmiała się Maja. „Woda nie gryzie. Woda robi plusk.”
Dziewczynki wymyśliły plan. Plan był prosty, bo proste plany są najlepsze. Przyniosły mały kubeczek z fontanny. Woda w kubeczku była spokojna i błyszczała jak srebrna zupa.
Hania stanęła tak, żeby Gienia ją słyszała.
„Gieniu, to jest woda. Mówimy jej: cześć.”
„Cześć!” — powiedziały dziewczynki do kubeczka.
Lila szepnęła do wody:
„Proszę, bądź miła. Gienia jest trochę łaskotliwa.”
Maja podniosła kubeczek.
„Tylko kropelka. Taka malutka. Pyk.”
Zosia kiwnęła głową.
„Jak całus na policzek.”
Maja pozwoliła, by z brzegu kubeczka spadła jedna kropla. Spadła na kamienny palec Gieni, który wystawał z rynny jak mały daszek.
Kropla zrobiła: pyk.
Gienia zamarła. Potem… zachichotała. Gargulice rzadko chichoczą, bo mogą im odpaść poważne miny, ale Gieni nic nie odpadło.
„To… to było śmieszne” — powiedziała zdziwiona. „To nie było straszne!”
„Widzisz?” — ucieszyła się Hania. „Woda jest jak przytulas.”
Nagle spadł lekki deszczyk. Cichy, miękki. Jakby chmury szeptały „dobranoc” nawet w dzień. Dziewczynki nie uciekły. Stanęły pod parasolem, a Gienia została na wieży.
Krople spływały po niej i robiły małe ścieżki. Gienia zadrżała.
„Łaskocze!” — pisnęła.
„To łaskotki radosne!” — zawołała Maja.
„Oddychaj” — poradziła Zosia, chociaż nie była pewna, czy kamień oddycha, ale brzmiało mądrze.
Lila zaśpiewała cichutko:
„Kap kap kap, deszczyk klap klap, nic nie strach, tylko chlap!”
Gienia słuchała. Dziewczynki machały do niej. Kosze stały równo. Rynek był czystszy. Nawet wiatr wiał grzeczniej, jakby też chciał pomóc.
Po chwili deszcz ustał. Na kamieniu zostały kropelki, które błyszczały jak maleńkie koraliki.
„Ja… ja dałam radę” — powiedziała Gienia. Jej głos był już mniej cieniutki. „I wiecie co? Ja się już tak nie boję.”
Hania uśmiechnęła się szeroko.
„Bo jesteś dzielna gargulica.”
„I mamy czysty deszcz” — dodała Maja.
„I czyste miejsce” — powiedziała Zosia.
„I przyjaciela na wieży” — szepnęła Lila.
Gienia zrobiła najspokojniejszą minę na świecie.
„Dziękuję, Pocieszaczki. Jak znowu przyjdzie deszcz, ja zrobię plu, plu, plu… i nie będę się wstydzić.”
Dziewczynki pomachały jeszcze raz. Potem poszły do domu, trzymając się za ręce, bo tak jest milej. A Gienia siedziała wysoko, patrzyła na czysty rynek i czuła, że nawet kamień może mieć ciepło w środku.
I kiedy w nocy przyszła mała mżawka, Gienia tylko mrugnęła i szepnęła:
„Cześć, wodo.”