Maja miała trzy latka i bardzo ważną sprawę. Rano bawiła się tak długo, że zgubiła czas. Czas, jak wiadomo, lubi się chować. Najchętniej za zasłoną albo w bucie.
W kuchni tykał zegar. Tykał dumnie, jak mały rycerz.
„Ty, zegarze, oddaj mój czas!” powiedziała Maja i oparła ręce na biodrach.
„Tyk-tyk,” odpowiedział zegar. To brzmiało prawie jak: „Nie ja!”
Na stole stał kubek z mlekiem. A w mleku, zupełnie cichutko, kręciła się łyżeczka.
„Łyżeczko, widziałaś mój czas?” spytała Maja.
„Brzdęk!” odparła łyżeczka, jakby mówiła: „Może.”
Wtedy Maja zauważyła coś dziwnego. Z szuflady z ściereczkami wystawał róg… małej pelerynki. Zielonej jak ogórek.
Maja otworzyła szufladę. A tam siedział skrzat od porządków. Malutki. Z czapką, która była trochę za duża, więc mu zjeżdżała na nos.
„Ach! To ty!” Maja nie była przestraszona. Była zaciekawiona.
Skrzat kichnął z pyłu i powiedział: „Dzień dobry. Ja tylko… sprzątam.”
„Oddaj mój czas,” poprosiła Maja. „Muszę nadrobić.”
Skrzat wzruszył ramionami. „Czas nie jest mój. Czas to taki… śliski naleśnik. Ucieka.”
„To go złapiemy,” oznajmiła Maja.
Skrzat westchnął, ale z uśmiechem. „Dobrze. Tylko ostrożnie. Magia w kuchni jest jak mydło. Wesoła, ale można się poślizgnąć.”
Maja przytaknęła. Ostrożnie to słowo lubiła. Brzmiało jak kocyk.
Skrzat wyjął z kieszeni małą klepsydrę. W środku nie było piasku, tylko cukier puder.
„To Klepsydra Do Nadrabiania,” szepnął. „Działa, gdy robisz rzeczy spokojnie.”
„Spokojnie umiem!” powiedziała Maja. A potem dodała ciszej: „Czasem.”
Ruszyli na poszukiwania. Najpierw do przedpokoju. Tam leżały buty. Jeden but Mai był odwrócony jak łódeczka.
Maja zajrzała do środka. W bucie siedział malutki, puchaty kłaczek. I miał zegarek na brzuchu.
„To mój czas?” spytała Maja.
Kłaczek poruszył się i zapiszczał: „Nie! Ja jestem Kłaczek Pośpiechu. Turlam się, gdy ktoś biegnie.”
Skrzat mruknął: „Widzisz? Pośpiech robi bałagan.”
Maja nie biegła. Uklękła powoli. „Kłaczku, proszę, nie turlaj się. Szukamy czasu.”
Kłaczek uspokoił się i wskazał… na półkę z czapkami. A na półce stał mały dzbanuszek z napisem: „HERBATA DLA SMOKA (NIE RUSZAĆ)”.
Maja zmarszczyła nos. „Smok?”
„Spokojny,” szepnął skrzat. „To smok od popołudniowych drzemek. Pije herbatę i ziewa. Nic strasznego.”
Maja podeszła ostrożnie. Dzbanuszek zacharczał cichutko, jak czajnik, który udaje smoka.
„Pufff… kto mnie łaskocze?” zabrzmiało.
„To ja, Maja. Szukam czasu,” powiedziała grzecznie.
Dzbanuszek prychnął parą, ale przyjaźnie. „Czas? Wpadł mi do herbaty. Mieszał się i robił ‘plum plum'. Wyszedł tamtędy.” Dzióbek dzbanka wskazał na dywan.
Na dywanie leżał zwinięty kłębek włóczki. A przy nim siedział kot. Kot wyglądał, jakby był mądry i trochę rozbawiony.
„Kocie, masz mój czas?” zapytała Maja.
Kot zamruczał: „Mrr. Ja mam tylko… chwilkę.”
„Chwilka też dobra,” ucieszyła się Maja.
Skrzat pokręcił głową. „Nie, nie. Chwilka to mały kuzyn czasu. Czas uciekł do najgorszego miejsca.”
„Do jakiego?” spytała Maja.
Skrzat wskazał na łazienkę. „Do mydła.”
W łazience mydło leżało w mydelniczce i błyszczało jak ryba. Obok stał stołeczek Mai.
„Ostrożnie,” przypomniał skrzat.
Maja weszła powoli. Tak powoli, jak ślimak w kapciach. Nie poślizgnęła się ani trochę.
„Mydło!” zawołała. „Oddaj mój czas!”
Mydło zrobiło „plask” i wysunęło bąbelek. A w bąbelku… tykał mały kawałek czasu. Jak mała złota rybka, tylko że z minutami.
„Ojej,” powiedziało mydło cienkim głosem. „Przykleił mi się. Myślałam, że to brokat.”
„To mój czas,” powiedziała Maja.
„To proszę,” westchnęło mydło. „Ale weź go delikatnie. Czas łatwo pęka, jak bańka.”
Maja podstawiła dłonie jak miseczkę. Skrzat potrząsnął klepsydrą z cukrem pudrem. Cukier posypał się miękko. Bąbelek usiadł na dłoniach Mai i nie pękł.
„Mam!” szepnęła.
„Teraz nadrobimy,” powiedział skrzat. „Ale mądrze. Bez pędu.”
Maja przytaknęła. „Najpierw buty. Potem śniadanie. Potem klocki. Po kolei.”
Czas w jej dłoniach zamruczał cichutko, jak zadowolony kot. Tykanie było spokojne. Nie uciekało.
Wrócili do kuchni. Zegar tykał grzeczniej, jakby też się nauczył ostrożności.
„Widzisz?” powiedział skrzat. „Gdy robisz rzeczy po kolei, czas sam wraca. A gdy biegniesz, to on biegnie szybciej.”
Maja usiadła przy stole. Wypiła mleko. Jedna łyżeczka, druga łyżeczka. Spokojnie.
„Skrzacie, zostaniesz?” zapytała.
„Zostanę w szufladzie,” odpowiedział. „Tam mam biuro. I okruszki.”
Maja zachichotała. „Dziękuję.”
„Nie ma za co,” powiedział skrzat. „Tylko pamiętaj. Ostrożnie z magią. I z mydłem.”
Wieczorem, gdy Maja już leżała w łóżku, czas był przy niej. Nie w bucie. Nie w herbacie smoka. Nie w mydle.
Był tam, gdzie powinien. W cichym tykaniu. W spokojnym oddechu. W miękkim kocyku.
A Maja, bardzo dumna, zasnęła, jakby nadrobiła cały dzień. Po kawałeczku. Ostrożnie. I wesoło.